Ponadczasowe podróże…

Q. Ponadczasowa historia miłosnaEvan Mandery w powieści „Q. Ponadczasowa historia miłosna” wodzi czytelnika za nos. Sugerując się tytułem, można pomyśleć – o, to pewnie sentymentalne romansidło. Jeszcze jest dopisek na okładce, że książka nie jest dla osób, którzy mają skłonność do płaczu, a nie chcą tego robić w miejscach publicznych.

Sięgnęłam po książkę, bo chciałam się dowiedzieć co to za Q i odkryć ponadczasowość tej lektury. Nie sądziłam, że będzie to historia, która ma więcej wspólnego z „Solaris” Lema, niż „Anną Kareniną”  – chociaż w powieści E. Mandery można znaleźć coś z jednej i drugiej ksiąźki.

Tytułowa Q, czyli Quentina Elizabeth Devril, to ukochana głównego bohatera. Młody nauczyciel akademicki, wykładający historię i początkujący pisarz, poznaje dziewczynę, piękną, cudowną, wspaniałą. Zakochują się, ale… Właśnie, nie ma żadnego ale. Ich związek to czysta miłość – sielanka o jakiej każdy marzy. A przynajmiej kobiety mówią o tym otwarcie. Tu wkracza s-f. Bohater spotyka swoje Ja-60, czyli samego siebie, tylko kilkadziesiąt lat starszego.

W tej chwili, jak dla mnie skończył się romans, a zaczęły rozważania natury filozoficznej, czy egzystencjalnej. Co zrobić, gdybyśmy mieli wiedzę dotyczącą przyszłości? Evan Mandery pokazuje, że gdyby istniały podróże w czasie, trzeba jeszcze skupić się na naturze etycznej tego typu odkryć. Czy istnieje efekt motyla? Do czego mamy prawo? Co można zmienić? Jak wpłynie na nasze życie, możliwość ingerencji w przyszłość? I czy da się zmienić przeznaczenie?

Droga, którą wybiera bohater, może spowodować chęć porzucenia lektury. Jednak w książkach lubię właśnie to, że nie zawsze idą tym torem, który ja wybieram, a dzięki temu wpływają na moje emocje. Historyk, czyli w założeniu człowiek inteligentny, daje się namawiać kolejnym, przyszłym Ja. Na początku robi to bez żadnego zadawania pytań. Dopiero później, z biegiem lat, zaczyna zauważać, że wcale nie wybrał najlepiej. Często nam samym narzuca się myśl – gdybym mógł wrócić do tego co było kiedyś, wybrałbym inaczej…

Mandery nie tyle skupia się na wątku miłosnym, co raczej pokazuje siłę wolnej woli człowieka. Choć może bohater poznaje przyszłość, musi dokonać wyboru – sam.  Mimo osiągnięcia odpowiedniego wieku, początkujący pisarz jest niezwykle niedojrzały. Jego kolejne wersje z przyszłości, teoretycznie mają pomóc osiągnąć ten optymalny wariant własnej osobowości, okazuje się jednak, że nie tędy droga. Nie da się pójść na skróty.

Dopiero po przeczytaniu „Q.” do końca, zrozumiemy sens tytułu. Mandery wprowadza w ten sposób pewną grę z czytelnikiem. Najpierw sugeruje romans, a potem daje nam złożone dzieło z mnóstwem różnego rodzaju wątków. Otrzymujemy rozważania o miłości, obok podróży w czasie. Do tego dochodzą wywody głównego bohatera na temat pisarstwa. Mamy nawet książkę w książce. Autor powieści okazuje się być erudytą odwołującym się do Arystotelesa, Woody Allena, ale i do serali typu „Star-Trek”, „Strefa mroku”, a nawet „Simpsonów”. Powstaje ciekawy koktajl. Z jednej strony hipertekst z drugiej – historia miłosna. W zasadzie dlaczego nie? Jak w życiu… Tyle, że jeszcze bez podróży w czasie.

Dziękuję za książkę wydawnictwu SQN.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *