„Życie zewnętrzne” – Annie Ernaux

Życie zewnętrzne, Annie ErnauxNiecierpliwie czekam na książki laureatki Literackiej Nagrody Nobla, Annie Ernaux. „Życie zewnętrzne” to najnowsza publikacja francuskiej pisarki przełożona na język polski. Kiedy Kiedy wzięłam do ręki zbiór, zwróciłam uwagę na tytuł. Mam wrażenie, że we współczesnym świecie sugeruje się nam, byśmy skupiali się na sobie, na tym co wewnętrzne, a tu mamy odwrotną sytuację. Obserwację tego, co dzieje się wokoło. Jak przyglądać się światu, nie będąc jednocześnie posądzonym o podglądactwo? Potem skierowałam uwagę na objętość książki: Po raz kolejny otrzymujemy tytuł autorki niezbyt obszerny, choć obejmujący zapiski z kilku dekad. Czytaj dalej

Notatnik z Altengrabow” – Konstanty Ildefons Gałczyński

Notatnik z Altengrabow, Konstanty Ildefons GałczyńskiKonstantego Ildefonsa Gałczyńskiego nie trzeba przedstawiać miłośnikom poezji. Dlatego „Notatnik z Altengrabow” będzie stanowił gratkę dla osób interesujących się literaturą polską, czy zainteresowanych twórczością poety. Gałczyński, w czasie kampanii wrześniowej, trafił do niewoli rosyjskiej. Został przekazany Niemcom i okupację spędził w obozie w Altengrabow, jako jeniec wojenny. W sierpniu 1941 roku od swojego ucznia otrzymał bezcenny prezent: zeszyt i ołówek. Poeta prowadził w nim swoje zapiski dokładnie przez trzy miesiące, bo od 18 sierpnia do 18 listopada 1941 roku. Czytaj dalej

„Z dziennika podróży” – Andrzej Bobkowski

Z dziennika podróży, Andrzej BobkowskiAndrzej Bobkowski należy do najwybitniejszych polskich pisarzy dwudziestego wieku, ale jednocześnie jest jednym z najmniej znanych. Dlaczego? Za życia opublikował tylko „Szkice piórkiem”, nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu. Jego poglądy były na tyle kontrowersyjne dla polskich władz, że po prostu w kraju nie docierał do szerszej rzeszy odbiorców. Tylko najbardziej wtajemniczeni, sięgający po paryską „Kulturę”, czy londyńskie „Wiadomości” znali jego teksty. W Polsce ukazywały się jego artykuły w „Tygodniku Powszechnym”, „Twórczości” i „Nowinach Literackich”, ale bardzo krótko, do początku lat pięćdziesiątych. Czytaj dalej

„Wieloryby i ćmy. Dzienniki” – Szczepan Twardoch

Szczepan TwardochO dziennikach „Wieloryby i ćmy” Szczepana Twardocha usłyszałam jakiś czas temu. Najpierw pojawiły się pierwsze doniesienia w mediach, a potem, piątego września pojechałam do Gdyni, na spotkanie literackie z autorem „Morfiny”, które prowadził Szymon Kloska. Pisarz był gościem festiwalu Miasto Słowa. Zabrałam ze sobą „Dracha”, żeby zdobyć autograf, jednak ku mojemu zaskoczeniu najwięcej dowiedziałam się na temat najnowszej książki Szczepana Twardocha. Miałam okazję posłuchać przedpremierowych fragmentów dzienników „Wieloryby i ćmy”, które odczytał autor. Czytaj dalej

„Dziennik Edwarda Chomika 1990-1990”: Miriam Elia, Ezra Elia

Dziennik Edwarda Chomika„Dziennik Edwarda Chomika”  trafił do mnie dzięki sponsorom spotkania blogerów książkowych: A może nad morze 2? Miriam Elia i jej brat Ezra Elia byli kiedyś właścicielami małego gryzonia. Po jego śmierci swoje spostrzeżenia na temat chomików zawarli w rysunkowej książeczce. Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że jest to opowieść dla dzieci – nic bardziej mylnego.

Chomik Edward zaczyna prowadzić swój pamiętnik w kwiecie wieku – pół roku po tym, jak został zakupiony w sklepie zoologicznym. Teraz zaczyna dopadać go melancholia. Buntuje się, np. rezygnując z kołowrotka. Rodzą się w nim myśli egzystencjalne typu: „Po co być” (s.17). Postanawia jednak walczyć o swoje „ja”, bo ludzie mogą odebrać mu wolność, ale nie dostaną jego duszy.

Żeby Edward nie był taki samotny, otrzymuje towarzysza Wolfa, jednak nic ich nie łączy, nie mają żadnych wspólnych tematów. Dopiero, kiedy ludzie po śmierci Wolfa, dadzą mu Camillę, wtedy Edward pozna co to miłość i bratnia dusza. Uczucie kończy się jednak tragicznie…

Życie tytułowego chomika przebiega w niewoli. Bohater chce się wydostać z klatki, ale nie potrafi się wyzwolić, nawet jeśli klatka jest otwarta. Edward wybiera bowiem oportunizm, bo nie wie, co może go czekać na wolności. Narzeka na życie w klatce, ale stanowi ono dla niego coś stałego, doskonale znanego i oswojonego zarazem.

„Dziennik Edwarda Chomika” jest książką niezwykle zabawną. No bo jak się nie śmiać z gryzonia, który wpada w nastroje mocno dekadenckie? Ów dystans do świata, jego wieczne narzekanie, przemyślenia bawią, choć są wyrażane przez Edwarda zupełnie na poważnie. 8 maja Edward notuje: „Dziś przyszedł weterynarz. Dotykał mnie. Zdaje się, że jestem kobietą”. Dzień później: „Nie jestem kobietą. Sprawdziłem to” (s. 21-23). Innym razem chomik podejmuje strajk głodowy. Trwa on całe czternaście minut.

Książki pisane z perspektywy zwierząt nie są czymś nowym. Wystarczy wymienić najsłynniejszą książkę tego typu: „Folwark zwierzęcy” George Orwella. W przypadku „Dziennika Edwarda Chomika” możemy się pokusić o o to, by potraktować opowieść jako rodzaj alegorii. Książka określona została w tytule jako dziennik, jednak bliżej jej do bajki. Bo i u Ezopa bohaterami były zwierzęta, a jednak zachowywały się one jak ludzie.

Chomik Edward gnuśnieje w swej klatce. Jego życie jest rutynowe, oparte na schematach. Choć przez chwilę decyduje się na bunt, jednak nie potrafi w nim wytrwać, bo jest słaby. Uważa się za wielkiego filozofa, rewolucjonistę, ale dokonuje wielkich czynów tylko i wyłącznie w swojej wyobraźni. W rzeczywistości nie potrafi przekroczyć granicy, która dałaby mu wolność.

„Dziennik Edwarda Chomika” z jednej strony bawi, ale z drugiej każe nam się zastanowić: ile w nas samych jest z Edwarda? W książce zastosowano aforyzmy, które pozwalają spojrzeć z dystansem na własne życie. Mroczna i smutna egzystencja gryzonia została podkreślona poprzez czarno-białe ilustracje. Nawet one podkreślają marność istnienia małego zwierzątka oraz jego nastrój.

Książka z pewnością nie nadaje się dla najmłodszych czytelników. Nie wyłapią one żartów i ironii zawartej w tej książeczce (chomik z papierosem w łapce mógłby je nieco zdziwić). Za to dorośli czytelnicy mogą się świetnie bawić podczas głośnego czytania innym dorosłym odbiorcom. Za sprawą dziennika małego gryzonia czytanie na głos stanie się palącą potrzebą. Przyznam, że choć mam tę książeczkę kilka dni, wiele osób już się przekonało do Edwarda. Bo „Edward nie jest tylko chomikiem; Edward to stan umysłu” (s. 7).

Paul Auster – „Dziennik zimowy”

Dziennik zimowyPo przeczytaniu „Sunset Park”, wiedziałam, że Paul Auster stanie się moim ulubionym pisarzem. Teraz, dzięki lekturze „Dziennika zimowego”, utwierdzam się w tym przekonaniu. Nowojorski pisarz tym razem pisze o sobie wprost, kreśli dzieło, którego głównym tematem może być szeroko pojęte przemijanie oraz pamięć. Pojawiają się też rodzime wątki, bo autor ma i polskie korzenie.

Czytelnik otrzymuje zatem książkę autobiograficzną. Paul Auster nie boi się podejmować w niej trudnych tematów. Odnosimy wrażenie, że nie ma zamiaru sięgać po autokreację, a pragnie ze wszech miar być szczery. Zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie poniesie w związku z upublicznianiem prywatności. Wspomina o tym, że niektórzy bliscy nigdy nie zaakceptowali tego, że mówi wprost o swojej rodzinie. Przecież w jednej z wcześniejszych książek wspomniał choćby o tak drastycznym wydarzeniu z przeszłości, którym jest zastrzelenie dziadka, przez babcię. Teraz i ten temat powraca.

Kim jesteśmy? Co nas kształtuje? To szczegółowo stara się zrekonstruować Paul Auster. Odpowiedź zależy też od tego, co pamiętamy. Autor chce za pomocą „Dziennika zimowego” ocalić owe okruchy pamięci. Wbrew pozorom, potrafi zrekonstruować sporo wydarzeń ze swej przeszłości. Na przekór tego co sugeruje, odnosimy wrażenie, że naprawdę wiele zapamiętał. Podaje choćby szczegółowy spis swoich dotychczasowych miejsc zamieszkania. W końcu mieszkania, czy domy, w których żyjemy również nas jakoś kształtują i określają. Nie byłoby w tym żadnego problemu, gdyby było ich kilka. Jednak u Paula Austera ich ilość jest wręcz oszałamiająca.

Autorzy dzienników przyzwyczaili nas, że piszą w pierwszej osobie. U Austera narracja zaskakuje. Pisarz mówi w drugiej osobie, więc właściwie czujemy, jakby pisał o nas, albo do siebie. Oczywiście można się z tymi słowami utożsamiać, lub nie – często jednak odnajdujemy w nich coś, co będzie nam bliskie. Wystarczy choćby taki cytat: „Zacznij mówić teraz, zanim będzie za późno, i umocnij się nadzieją, że będziesz mówił do chwili, kiedy już nic nie zostanie ci do powiedzenia. Jakkolwiek by było, czas się skończy” (s. 5). Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że w języku angielskim nie ma w tym momencie podziału na rodzaj męski i żeński, zaczynamy odczuwać z autorem intymną więź.

Paul Auster na koniec autobiografii pisze: „Wkroczyłeś w zimę swego życia” (s. 232). Jaka ona będzie? Łagodna i długa, czy krótka i nieprzyjemna? Dla pisarza wzorem jest aktor Jean-Louis Trintignant, który podczas rozmowy wspomniał, że  choć ma 74 lata, czuje się młodszy od Austera, który był wtedy pięćdziesięciosiedmiolatkiem. Być może pogodził się już ze świadomością odchodzenia, co pozwoliło mu osiągnąć spokój.

Pisarz pokazuje nam wszystkie swoje blizny. Tak jakby one jakoś nas kształtowały – i te ślady fizyczne, i psychiczne. Każdy pisarz w pewnym sensie jest osobą zranioną, ale ta skaza pozwala mu tworzyć – krwawić na papierze. Co pozwala zatem odnaleźć sens w tym chaosie i niepewności? Dla autora „Sunset Park” sterem, który pcha go do przodu, staje się miłość. Trzydziestoletni związek z kobietą życia daje mu poczucie bezpieczeństwa i szczęście oraz – co może najważniejsze – chroni go przed nim samym.

Skoro Paul Aster osiągnął już dojrzałość i zaczął zimę swej egzystencji, rozmyśla nad lękiem przed śmiercią. Większość jego bliskich odeszła za wcześnie, za każdym razem sprawiając mu olbrzymi ból. Jednak właśnie śmierć jest czymś stałym, przed czym nie można uciec. Dlatego dla pisarza ważne jest, by skonfrontować ją z miłością. Dzięki uczuciu do kobiety życia, łatwiej mu się z nią pogodzić, choć strach przed śmiercią, gdzieś podskórnie krąży, by w niespodziewanej chwili wypłynąć.

Przyznam, że „Dziennik zimowy” czyta się jednym tchem. Forma książki bardziej przypomina pamiętnik, bardzo mocno skupiony na osobie twórcy. Autor mniej pisze o swojej twórczości, a więcej wspomina o tym, co go ukształtowało. Poznajemy las rzeczy, jedne – istotne dla pisarza – zostają pokazane w dużym zbliżeniu, nawet jeśli są to sprawy bardzo bolesne. Do tej pory Barnes był dla mnie mistrzem pisania o starości. Teraz do tego grona mogę dołączyć również Paula Austera.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Znak.