Popularność powieści kryminalnych nie jest niczym nowym i trwa niezmiennie od wielu lat. Nawet laik potrafi rozpoznać takiego bohatera literackiego jak Sherlock Holmes, czy słynną Agatę Christi, autorkę posługującą się tą konwencją. Czy pisarze wymyślający skomplikowane zagadki kryminalne, byliby tak samo dobrzy w ich rozwiązywaniu? Skoro bohaterowie wymyślani przez pisarzy świetnie sobie radzili w tropieniu przestępców, czy ich pomysłodawcy okazaliby się równie błyskotliwi?
Taki pomysł na fabułę swojego komiksu wykorzystał francuski autor komiksu „Klub Detektywów”. Zainspirował go istniejący naprawdę klub zrzeszający najlepszych angielskich autorów kryminałów z dwudziestolecia międzywojennego. Historia zaczyna się od momentu, gdy w latach trzydziestych ubiegłego wieku grupa pisarzy postanawia przyjąć do swojego zacnego grona Johna Dicka Carrego. Co w tym dziwnego? Do angielskiego klubu dołącza pierwszy autor zza oceanu.
Kim byli pozostali członkowie tej grupy? Może nie wszystkie nazwiska są dzisiaj natychmiast rozpoznawalne, ale autor komiksu daje czytelnikom krótkie notki biograficzne. Należący do klubu musieli trzymać się określonych zasad. Ich dekalog dotyczył choćby tego, że w wydarzeniach nie brały udziału siły nadprzyrodzone, a bohater nie mógł być Chińczykiem. W klubie znaleźli się m.in. Agatha Christie, G.K. Chesterton, John Dickson Carr, Dorothy L. Sayers, major Alfred Mason, baronowa Emma Orczy, czy wielebny Ronald Knox. Podczas spotkań pojedynkowali się na zagadki detektywistyczne, dyskutowali, co z pewnością pomagało przy pisaniu kolejnych książek.
W dniu, kiedy przyjmowali nowego członka klubu wszystko miało się zmienić. Pierwszą tego oznaką, jest przybycie na przysięgę mechanicznego ptaka. Przynosi on zaproszenie na kornwalijską wyspę, do miejsca gdzie znajduje się willa pewnego miliardera. Chęć poznania Rodericka Ghylla sprawia, że zaciekawieni autorzy w pełnym składzie udają się na wyspę. Co ich tam spotka?
Ekscentryczny miliarder postanawia rzucić wyzwanie twórcom powieści kryminalnych. Czyżby zadawał sobie pytanie, jak w rzeczywistości będą sobie radzić pisarze, gdyby sami stali się detektywami? Od początku zastanawiamy się, jakie niespodzianki szykuje dla autorów z „Klubu Detektywów”. Czy dojdzie do jakichś tragicznych zdarzeń? Zamknięci na wyspie bohaterowie rzeczywiście będą mieli do rozwiązania zagadkę. Jak sobie poradzą? Oczywiście nie można zdradzać zbyt wiele, by nie odbierać czytelnikowi przyjemności z lektury komiksu o detektywistycznym charakterze.
Jean Harambat w swojej powieści graficznej postanowił wykorzystać konwencję, ale w sposób oryginalny bawiąc się nią i stosując klisze gatunkowe. Szybko wciągniemy się w ten klimat, który urzeka angielskim humorem. Autor nawiązuje do epok zaliczanej już do klasyki. Złota era kryminału kusi, ale czasy się zmieniły i Jean Harambat puszcza do czytelników oko, od samego początku łamiąc zasady, którymi kierowali się pisarze z „Klubu Detektywów”. Intryga jest istotna, bo przecież o to chodzi w konwencji tego gatunku, ale ogromną przyjemność sprawia nam samo poznawanie bohaterów. Chętnie śledzimy dialogi między Agathą Christie i G.K. Chestertonem. Bawią nas swoim angielskim temperamentem i zachowaniem. Humor ma istotne znaczenie. Klimat oddają świetne kadry komiksu. Charakterystyczne postacie ukazane są w sposób nieco karykaturalny, choć oczywiście oddano realia epoki, w której żyli. Autor komiksu pozwala snuć intrygę w uroczym miejscu, które również wpisuje się w tę zabawę z konwencją.