Od dawna polowałam na książkę Patti Smith pt. „Poniedziałkowe dzieci”. Muzyka artystki mówi sama za siebie, ale chciałam wiedzieć, co ma do powiedzenia ta niewątpiwie wielka indywidualność.
Końcówka lat sześćdziesiątych i początek siedemdziesiątych ubiegłego wieku z perspektywy czasu, wydaje się być rajem dla artystów. Właśnie wtedy rodziły się gwiazdy rocka, malarstwa, fotografii, czy poezji. Albo jak w przypadku Patti Smith niemal wszystko na raz. Jednak jeśli ktoś sięgnie po tę historię, myśląc, że trzyma w ręku biografię artystki, może się zawieść. „Poniedziałkowe dzieci” są przede wszystkim hołdem złożonym Robertowi Mapplethorpe’owi.
Patti Smith zaczyna opowieść dwutorowo. Najpierw wspomina o swoim dzieciństwie. Od pierwszych stron mamy smaczek za smaczkiem – zwłaszcza przemówił do mnie opis matki, która uczy dziewczynkę modlitwy, nie wypuszczając jednocześnie papierosa z ręki (czy ust). Potem mowa o dzieciństwie Roberta Mapplethrope. Bohaterów łączy to, że urodzili się tego samego roku – w poniedziałek, stąd taki a nie inny tytuł polskiej wersji książki. W oryginale brzmi on – Just Kids.
Łatwiej artystce pisać o swoim dzieciństwie, gdyż Robert niewiele o nim mówił, uważając, że nie warto wspominać o tamtych czasach. Patti Smith nie ukrywa, że jako dziewiętnastolatka została matką, a następnie oddała dziecko parze pragnącej dziecka. Po wyrzuceniu ze studiów, postanawia podjąć pracę w drukarni podręczników w Filadelfii, ale szybko wyjeżdża do Nowego Jorku. Wie jedno – że pragnie zostać artystką.
Życie cyganerii pod koniec lat sześćdziesiątych nie jest łatwe. Trudno o pracę, głód nie pomaga tworzyć, zresztą bez pieniędzy nie da się być artystą, bo nie starcza nawet na najskromniejsze materiały. Trudno też się zdecydować na konkretną dziedzinę sztuki, tyle jest do przekazania. Zwykłe dzieciaki spotykają się przez przypadek. Robert ratuje Patti przed nieciekawym adoratorem. Tak zaczyna się ich niesamowita relacja.
Najpierw są kochankami, później Robert odkrywa w sobie skłonności homoseksualne. Nie przeszkadza im to jednak darzyć się czystą miłością. Łaczy ich przede wszystkim umiłowanie sztuki. Mapplethrope początkowo maluje, ciągle poszukuje metody na wyrażanie się. Pomaga sobie używkami. Patti z kolei uważa się za poetkę i nie daje się namówić na śpiewanie, ani na narkotyki.
Kiedy bohaterowie zamieszkają w hotelu Chelsea, stają się jednocześnie sąsiadami znanych twórców. Poznają wybitnych poetów, muzyków, artystów wszelkich maści. Ginsberg, Godard i Hendriks są osobami, które można w każdej chwili spotkać gdzieś na korytarzu. Długo poszukują inspiracji, ale w końcu odnajdują niszę dla siebie – Robert fotografuje, a Patti Smith pisze poezję i piosenki.
Bohaterowie, choć nie zostaną parą, do końca są bratnimi duszami. Smith opisuje na kartach swej książki, na czym polega istota przyjaźni. Choć nie wszystkie posunięcia Roberta akceptuje, mam on u niej zawsze pełną uwagę. Mogłoby się wydawać, że Robert będzie prowokatorem, jednak Patti również nauczy się wyrażać swoje zdanie. Najważniejsze będzie obrazoburcze: Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie moje. Poezja Smith inspirowana jest twórczością Rimbauda i Williama Blake’a, a sama piosenkarka stała się matką chrzestną punk rocka.
Robert Mapplethrope był ofiarą swoich czasów – zmarł w 1989 roku z powodu komplikacji wywołanych przez AIDS. Książka napisana przez Patti powstała na jego życzenie. Smith obiecała Robertowi, że opisze ich życie oraz relacje jakie łączyły tę parę. Byli jak bliźniacze dusze. Tworzyli wielką sztukę. Dzięki tej świetnej książce widać to jasno. Nie można przejść obok „Poniedziałkowych dzieci” obojętnie. A jeśli kogoś fascynują wspaniałe lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX wieku – jest to pozycja obowiązkowa. Czytelnik, który szuka w książce sporej dawki wrażliwości i emocji również się nie zawiedzie.
Bohema to nie moje klimaty, ale brzmi interesująco. Szukać nie będę specjalnie, ale jeśli napotkam przypadkiem, na pewno się skusze 🙂
Pingback: Od pornografii do kontrkultury – „Wspomnienia bitniczki” Diane di Prima | Czytam, bo chcę i już
Pingback: „Obłokobujanie” – Patti Smith | Czytam, bo chcę i już