Kiedy sięgałam po książkę Beaty Chomątowskiej „Miasto dzieci świata” spodziewałam się reportażu o tym, jak wyglądało sanatoryjne życie dzieci w Rabce i opowieści o tym, jak to się zaczęło. Tymczasem moje oczekiwania okazały się niezbyt trafione. Owszem dostałam wszystko to, o czym myślałam, a także znacznie więcej. Rabka, a dokładnie jej historia, skrywała przede mną i wieloma innymi czytelnikami książki ogromną ilość tajemnic, które raczej nie były powszechnie znane. Jako dziecko nie jeździłam do uzdrowisk, a na koloniach byłam tylko raz, dlatego chciałam zobaczyć, jak to wszystko mogło wyglądać, czy miało coś wspólnego z moimi wyobrażeniami na ten temat.
Często słyszymy takie hasła o tym, czego to nie robi się dla dzieci. Wszyscy o nich myślą i działają dla ich dobra. Czy zawsze tak się dzieje? Odpowiedź znajdziemy w książce Beaty Chomątowskiej. Tytuł „Miasto dzieci świata” jest bowiem dwuznaczny. W reportażu widzimy bowiem, jak małą uwagę kierowano w kierunku tych, dla których miało być uzdrowisko. Dzieci miały nie sprawiać kłopotu. Tylko czy sama choroba nie jest właśnie problemem?
Najpierw jednak Rabka musiała stać się sanatorium. Wszystko dzięki odkryciu niezwykle dobroczynnych dla zdrowia solanek. Położenie i klimat miejscowości sprzyjały temu, by w biednej miejscowości w zaborze austriackim stworzyć placówki, które pozwoliłyby chorym oraz biednym dzieciom dochodzić do siebie. Za spraw książki poznajemy ludzi pragnących pomagać najmłodszym, filantropów, którzy doprowadzili do powstania uzdrowisk.
W Rabce są też dzieci miejscowe. Przerażają i wstrząsają ich historie, ponieważ właśnie najmłodsi na pierwszym miejscu były ofiarami biedy czy epidemii przechodzących przez Rabkę. Niestety dla nich żadna pomoc nie nadeszła w porę. W XIX wieku powstają dwa uzdrowiska: dla dzieci chrześcijańskich oraz dla dzieci żydowskich. Do obu tych kolonii przyjeżdżają ubogie maluchy, których rodziców nie stać na zapłacenie pobytu.
Rabkę dotykają wszystkie zawirowania historyczne, jakie tylko możliwe. W czasie drugiej wojny światowej działalność uzdrowiskowa nie ustała, ale tym razem dostępna była dla dzieci hitlerowskich. Tu będą przyjeżdżały młodzi ludzie z Niemiec zagrożonych bombardowaniami. Drugą stroną medalu będzie zagłada w tym miejscu osób pochodzenia żydowskiego. Nawet po wojnie Żydzi nie będą mogli spać spokojnie, gdyż wciąż będą atakowani, ale tym razem przez polskich partyzantów. W czasach PRL-u Rabka nie będzie wolna od problemów: trudno będzie znaleźć pracowników w sanatoriach. Ci którzy się tu pojawią, często okażą się niekompetentni.
Beata Chomątowska opowiada właściwie kilka historii. Mówi o tym, jak rodziła się w Polsce działalność uzdrowiskowa. Widzimy też, jak rozwijało się podejście do dzieci na przestrzeni czasu. Najpierw traktowane są przedmiotowo, choć przecież dla nich powstały te sanatoria. Jednak wraz z rozwojem medycyny, podejściem do praw dziecka, stopniowo zmieniało się traktowanie małych pacjentów, którzy tutaj mieli leczyć gruźlicę, astmę, alergie. W pewnym momencie trafiały do Rabki dzieci z cukrzycą, które uczyły się, jak samodzielnie radzić sobie ze swoją chorobą.
Autorka porusza wiele wątków w swoim reportażu. Pozwala nam to lepiej zrozumieć zarówno historię tego miejsca, jak i samych ludzi mieszkających oraz leczących się w Rabce. Przeszłość nigdy nie jest czarno-biała, a dzięki książce Beaty Chomątowskiej dostrzegamy, jak wiele posiada odcieni. Wszystko to powoduje, że trudno odłożyć tę książkę, mimo że jest przecież bardzo obszerna. Jak tylko zaczęłam czytać tę lekturę, chciałam wiedzieć więcej, mimo że obrazy jakie otrzymałam, wielokrotnie mną wstrząsnęły i zmusiły do myślenia.