Prawdopodobnie tak jak większość pożeraczy książek z Ericem-Emmanuelem Schmittem zetknęłam się przy okazji Oskara i pani Róży. Potem zaskoczył mnie w Małych zbrodniach małżeńskich – dramacie o niewielkiej objętości.
Teraz sięgnęłam po Przypadek Adolfa H. W końcu tematyka historyczna należy do moich ulubionych… Trudno mi było sobie wyobrazić co nowego można napisać o tym największym ze zbrodniarzy. No i znowu spotkało mnie spore zaskoczenie.
Poznajemy młodego chłopaka, który chce zostać artystą. Zdaje do Akademii Sztuk Pięknych. W tym momencie pojawią się dwie wersje Adolfa H. Tego rzeczywistego, którego znamy z kart historii i tego, którego nigdy nie poznamy – wspaniałego malarza.
Schmitt uzmysławia jak cienka linia oddziela nas od zła. W jego wizji Adolf, mógłby być kimś innym, gdyby dostał się na studia artystyczne. Oczywiście nie jest to prosta wizja szczęśliwego człowieka, ale takiego który potrafi sobie radzić z kompleksami. Chodzi nawet na psychoanalizę do Freuda i tam poznaje siebie, dzięki czemu uczy się prawidłowych relacji z kobietami. Jego żoną zostaje Żydówka i to jej rodzina nie potrafi go zakceptować, a nie odwrotnie.
Narodziny zła widzimy w znanej wersji Adlofa. Czlowiek, który nie radzi sobie ze sobą, przelewa całą swą nienawiść tak, by doprowadzić niemal do zagłady świata. Nie potrafi nawiazać żadnych pozytywnych relacji, wszystkimi pogardza, jest okrutnym tyranem.
Po tym co napisałam można odnieść wrażenie, że jeśli znamy historię, to można pominąć jedną wersję wydarzeń. Tak oczywiście nie jest, bo to co nawet jest doskonale znane, Schmitt pokazuje w bardzo interesujący sposób. Daje czytelnikowi swoją wersję motywacji Adolfa, tego co doprowadziło do II wojny światowej. Na szczęście wszystko co kreśli w swej historii Schmitt nie jest ani banalne ani oczywiste, może zaskoczyć każdego. Książkę czyta się rewelacyjnie. Na początku trzeba się pilnować, by nie pomieszać bohaterów i wątków, jednak po krótkim czasie fabuła się układa w pewną całość, no a sama książka daje sporo do myślenia. Po zakończeniu powieści jeszcze przez długi czas zostaje w głowie czytającego i nie pozwala stamtąd się wyrzucić – moim zdaniem właśnie o to chodzi w książkach.