„Żyćko” – Mateusz Kaczyński

Żyćko, Mateusz KaczyńskiMateusz Kaczyński jest autorem niedawno wydanej książki pt. „Żyćko”, którą opublikowała oficyna Seqoja. Kim jest jej autor? Na okładce publikacji przeczytamy, że mamy do czynienia z tłumaczem, a z pasji „varsavianistą”. Kto sięgnie po „Żyćko” szybko sam odkryje, co fascynuje Mateusza Kaczyńskiego. W książce zobaczymy wyraźnie, co jest najważniejsze w tym niewielkim pod względem objętości zbiorze.

Otrzymujemy wiele obrazów, scen, minifelietonów, w których centrum znajduje się Warszawa. Nie ma tu fabuły, wydarzeń typowych dla powieści. Narrator przemierza stolicę przyglądając się i przysłuchując napotykanym ludziom. Znajdzie czas na interpretację napisów na murach. Teksty niekiedy zawierają błędy ortograficzne, ale zawsze skłaniają czytającego do refleksji, ponieważ wiele mówią, bywają wieloznaczne, zabawne, a niekiedy filozoficzne.

Książka podzielona została na cztery części, by oddać każdą z pór roku. Wszystko zaczyna się od zimy. Takie ramy pozwalają na zbudowanie kilku różnych obrazów, gdyż zależnie od sezonu, miasto zmienia swoje oblicze. Im bliżej wiosny, tym więcej światła, odkrywamy kolory, nawet nastrój mieszkańców ulega przeobrażeniu. Inaczej czuje się narrator, gdy brnie w pośniegowej brei, inaczej kiedy może popatrzeć na zielone krzaki w podwórkach swojej dzielnicy.

Wprawdzie autor utrwala sceny, które przypominają nam działania Bohumila Hrabala, jednak czeski pisarz nie miał okazji przysłuchiwać się Warszawiakom (te nowe zasady ortografii!) w pierwszej ćwiartce XXI wieku. Mateusz Kaczyński pokazuje nam knajpki, które mogą już nie istnieć, gdyż „Żyćko” zaczęło powstawać w 2014 roku, ale wiele obrazów zostanie z nami na dłużej. Cwaniak, który chwali się regularnym zmienianiem restauracji, sprzedaje roleksa, a potem nagle zaskakuje nas, że nie ma pieniędzy i zostawia 20 złotych i obietnicę, że zaraz wróci z resztą pieniędzy, tylko musi udać się do kantoru, by wymienić kasę na złotówki. Jak widać, patronem literackim „Życka” mógłby zostać Miron Białoszewski.

Obserwator Warszawy słucha, czy tego chce, czy nie. Nawet kiedy udaje się w miejsca, od których oczekuje, że uwolni się od tłumów, zawsze znajdzie się jakiś głos, utrwalający się w jego głowie. Niekoniecznie górnolotny, czy mądry. Bo kto chce widzieć, że pies przechodzący obok musi się wybiegać, żeby nie mieć zatwardzenia? Ale w życiu tak jest, że nie wybieramy sobie tego, co widzimy, czy wpada nam w uszy.

„Żyćko” dzieje się niezależnie od nas. Takie otrzymujemy najkrótsze przesłanie. Jednak to my mamy wpływ na to, co zrobimy z tym, co słyszymy i widzimy. Mateusz Kaczyński zmienia prozę codzienności w pean dla miejsca. Warszawa, jaką widzimy, nie ma nic wspólnego z pocztówkami czy podkolorowanymi obrazkami z mediów społecznościowych. Piękno i brzydota chodzą sobie w parze, proza życia zderza się z tym co niskie i wysokie. Mateusz Kaczyński nie zadziera głowy, by zerkać na wieżowce. Odkrywa prawdziwe życie szukając go za pięknymi fasadami. Bywa zabawnie, jak w sytuacji, gdy dzieci oddają pogańskie pokłony bałwankowi Buliemu za to, że spadł śnieg, a w oddali widoczna jest wieża kościoła św. Wojciecha, albo gdy w sklepie podczas niedzielnych zakupów trzeba skserować mięso czy patelnię, by uwzględniona została reklamacja. Bywa też refleksyjnie czy filozoficznie, gdy uświadamiamy sobie, że takie zapiski stanowią rodzaj utrwalania w pamięci odchodzącej w przeszłość teraźniejszości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *