Do tej pory Andrzej Sapkowski był dla mnie tylko i wyłącznie znanym oraz popularnym pisarzem. Niestety, nie mogłam się wypowiedzieć o jego twórczości, bo jej nie znałam. Tylko od czego zacząć, jeśli fantastyka jest mi raczej obca? Lubię powieści historyczne, więc sięgnęłam po tytuł, który byłoby mi najbliższy. Zaczęłam zatem od „Narrentrum”, „Bożych bojowników”, „Lux Perpetui”, czyli trylogii husyckiej.
Andrzej Sapkowski osadził swoich bohaterów w cudownej epoce (dającej olbrzymie pole manewru dla wyobraźni piszącego i odbierającego) – późnym średniowieczu. Przenosimy się do piętnastowiecznych Czech, Moraw, Śląska, Węgier, ówczesnej Polski i Niemiec. Głównym bohaterem tej trylogii jest Reinmar z Bielawy, zwany również Reynevanem. Popada on w tarapaty, gdyż ma szczególną słabość do kobiet. Jednak, kiedy obiektem jego uczuć stanie się mężatka Adela, medyk z Bielawy ma szansę stracić głowę i to nie z miłości. Zadawanie się z żoną rycerza jest hańbą dla tego, komu przyprawiono rogi, więc Reinmar może się spodziewać najgorszego.
Reynevan popada w liczne tarapaty, wciąż musi uciekać. Jego podróż będzie miała również drugi wymiar. Będzie to droga ku dojrzałości. Początkowo młody medyk i mag myśli przecież tylko o przyjemnościach cielesnych, potem pozna co to ideały, ale z czasem i one upadną. Posiada mnóstwo wrogów, ale ma też sprzymierzeńców – jeśli ich ilość jest w równowadze, wtedy nasz bohater ma chwilę wytchnienia. Niestety, tych momentów spokoju jest niewiele (ku radości czytającego).
„Trylogia husycka” napisana została z niezwykłym, epickim rozmachem. Andrzej Sapkowski dał czytelnikowi olbrzymią ilość rozrywki – opisując liczne pojedynki, czy bitwy; ale przemycił też wiele faktów historycznych. O wojnach husyckich uczniowie słyszą pewnie tylko w liceum, ale nie sądzę, by którykolwiek nauczyciel mógł zagłębiać ten temat, przy tak ograniczonej liczbie godzin. Tu mamy poczucie, że jesteśmy w samym środku wydarzeń, które wpłyną na dalsze losy Europy.
Można nazwać tę trylogię powieścią przygodową. Trzech kamratów takich jak Samson, Reinmar oraz demeryt Szarlej przywołuje skojarzenia choćby z muszkieterami Aleksandra Dumasa. Z drugiej strony, akurat ta trójka głównych bohaterów trylogii husyckiej również wywołuje chęć poszukiwania kolejnych nawiązań – do powieści łotrzykowskiej. Co zrobić jednak z czarami i magią, obecnymi w „Narrenturm” i pozostałych częściach? Przyznam, że nie ma ich zbyt wielu, a ich obecność bynajmniej mnie nie drażniła, a wręcz wydawała się uzasadniona i konieczna dla przebiegu akcji. W końcu w średniowieczu wiele rzeczy można było uznać za czary – choć tu mamy do czynienia z zabiegami, które musimy uznać za magiczne.
Dla mnie istotne było powiązanie wątków w całość. Przyznam, że trzeba być świetnym pisarzem, by dać czytelnikowi 1738 stron, niemal cały czas trzymając odbiorcę w napięciu. Oprócz tego autor świetnie opisał średniowieczne realia i mentalność ludności żyjącej na Śląsku, czy Czechach. Ten koloryt lokalny jest równie ważny, gdyż ta część Europy często jest pomijana, a po przeczytaniu trylogii, zobaczymy, jak ważne wydarzenia rozgrywały się tu w latach 1420-1436.
Niemal mamy możliwość dotknięcia postaci historycznych. Poznamy Zawiszę Czarnego i zobaczymy jak blisko było, by wynalazek druku przypisany został śląskiej ziemi. Postaci historycznych jest znacznie więcej, ale Sapkowski zadbał o to, żeby trudno było ocenić je jednoznacznie. Nikt tu nie jest czarny, lub biały. Bohaterowie mają złożone charaktery. Zwłaszcza Reynevan nie jest papierowy, ponieważ przez cały czas przechodzi stopniową przemianę, a dzięki temu staje się wiarygodny.
Trylogia jest godna uwagi zarówno osób uwielbiających fantasy, jaki i miłośników historii. Do tego żywe opisy bitew i świetne dialogi dają odbiorcy coś niezwykle wiarygodnego. Stąd nawet przekleństwa nie będą drażniły – trudno sobie wyobrazić cierpiącego rycerza z powodu odniesionych właśnie ran, by się wyrażał górnolotnie. Polecam również słuchowisko – superprodukcję, w której wystąpiło 170 aktorów – podziałała na moją wyobraźnię tak, że kiedy czytałam książki, odbierałam ją przez pryzmat audiobooka. Było w nim wszystko: odgłosy bitew, pieśni czeskie i łacińskie, muzyka filmowa (że nie wspomnę o grze aktorskiej).
Sapkowskiego oczywiście znam, ale za sprawą „Wiedźmina”. Za „Trylogię husycką” zabierałem się już kiedyś – w Empiku w trakcie studiów przeczytałem sporą część pierwszego tomu, ale mój prywatny projekt utknął, dalszej lektury zaniechałem i jakoś nie mogłem się do niej ponownie zebrać. Dzięki Twojej wspaniałej recenzji ponownie nabrałem ochoty, by dowiedzieć się jak potoczą się losy niesfornego Reynevana.
P.S. Ogromnie podoba mi się sam wstęp do całej Trylogii.
„Koniec świata w Roku Pańskim 1420 nie nastąpił.
Nie nastały Dni Kary i Pomsty poprzedzające nadejście Królestwa Bożego. Nie został, choć skończyło się lat tysiąc, z więzienia swego uwolniony Szatan i nie wyszedł, by omamić narody z czterech narożników Ziemi. Nie zginęli wszyscy grzesznicy świata i przeciwnicy Boga od miecza, ognia, głodu, gradu, od kłów bestii, od żądeł skorpionów i jadu węży.
Świat nie zginął i nie spłonął. Przynajmniej nie cały.
Ale i tak było wesoło. ”
Po prostu cudo 🙂
Każdy kolejny rozdział zaczyna się od takich perełek.
Mnie nie kręci ani fantastyka, ani historia, więc cała trylogia pięknie pokryła się kurzem. Grunt, że mąż przeczytał. 😉
Jeśli kiedyś sięgnę po Sapkowskiego, to raczej po cykl o Wiedźminie.
Nie kreci Cię fantastyka – ale sięgniesz po cykl o Wiedźminie. BLOND … bombastyczne.
Pingback: „Korona śniegu i krwi” – Elżbieta Cherezińska | Czytam, bo chcę i już
Trylogia husycka nalezy do moich ulubionych powiesci, i choc podobnie jak Ty nie jestem fanka fantastyki, ani fantasy, tak trylogia, mimo ze pelna fantasy, mocy i innych czarownic jest dla mnie powiescia, ktora przenosi mnie na 'moj’ Dolny Slask tyle ze jakies x setek lat do tylu. Uwielbiam.
Pingback: „Xięgi Nefasa. Trygław – władca losu” – Małgorzata Saramonowicz | Czytam, bo chcę i już