Thomas Bernhard uważany jest za jednego z najważniejszych pisarzy niemieckojęzycznych dwudziestego wieku. Tego austriackiego twórcę poznałam dzięki powieści „Kalkwerk”. Niektórzy może znają świetną sztukę teatralną Krystiana Lupy, który zaadoptował powieść na potrzeby spektaklu. Zresztą sam Bernhard był dramatopisarzem.
Powieść „Kalkwerk” powstała w 1970 roku, w Polsce wydano ją po raz pierwszy w 1986. Miałam okazję sięgnąć po wersję z Wydawnictwa Officyna, z posłowiem Karola Franczaka i rysunkami wymienianego już wcześniej Krystiana Lupy.
Główny bohater zamordował swoją niepełnosprawną żonę. Konrad zostaje ujęty przez żandarmów po dwóch dniach od dokonania zbrodni. Poszukiwany odnajduje się w szambie koło swego domu. Prócz rozbryzganego mózgu ofiary mamy kolejne zmysłowe doznanie, tym razem smród, jaki rozchodzi się wokół sprawcy.
Kim jest Konrad? Dlaczego zabił? Co go do tego doprowadziło? Na te najprostsze pytania trudno znaleźć odpowiedź. Z jednej strony Konrad jest niespełnionym artystą, niedoszłym naukowcem, a z drugiej kimś na granicy obłędu. Przez wiele lat przygotowuje się do napisania studium o słuchu. Efektem jego pracy jest pusta kartka. Myślenie nad dziełem staje się jego obsesją i źródłem nieszczęść. Cierpi na tym również żona. Konrad męczy ją jak królika doświadczalnego, a efektów brak.
Może źródłem nieszczęść jest miejsce – owo Kalkwerk? Konradowie mieszkali tam przez pięć lat, choć wcześniej podróżowali po całym wielkim świecie. Miejsce to można tłumaczyć jako zakład wapienniczy. Wieloznaczność narzuca się sama przez siebie… Czy to bohater ulega skostnieniu, czy podobnie dzieje się z jego umysłem i ideami?
Jak widać pada mnóstwo pytań, jednak każdy czytelnik musi znaleźć swoją drogę na interpretację tej niezwykłej lektury. Wyczuć można u T. Bernharda inspiracje kafkowskie i strindbergowskie. Właśnie ci twórcy chyba najbardziej wpłynęli na tę powieść.
Bohater odrzuca czytelnika i fascynuje. Podobnie dzieje się z formą tej powieści. Autor postawił nam wysoko poprzeczkę. Odbiór książki jest bardzo trudny. „Kalkwerk” napisany został jako monolog. Gdyby choć jednej postaci… Otrzymujemy zdania wielokrotnie złożone, które są relacjami – niekiedy sprzecznymi – kilku postaci na temat Konrada. Ale nie ma dialogów, a nieliczne akapity rozpoczynają się od wielokropków. Dlatego książka wymaga olbrzymiego skupienia. Łatwo się pogubić w wypowiedziach kolejnych osób. A jakby przy okazji powstaje coś niezwykłego i niejednoznacznego oraz godnego uwagi.
Thomas Bernhard w „Kalkwerk” buduje swoje własne studium. Tyle, że nie o słuchu a o człowieku. Daje nam obraz postaci i podkreśla, że mimo relacji wielu osób, nigdy nie dowiemy się prawdy o drugiej istocie. Powstaje tylko zniekształcone odbicie rzeczywistości – sprzeczne, pełne niedopowiedzeń i jednocześnie ukryte przed innymi. Po człowieku pozostanie nam pusta karta – tabula rasa. A nie tak jakby chcieli starożytni filozofowie, na początku jego istnienia. Później jest jeszcze trudniej…
Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Officyna.

cudownie!!!!!
Ja własnie zakupiłam 🙂
Czekam na wrażenia z lektury 🙂
Absolutnie cudowna. Trudna, ale przeczytac ja to jakby przeczytać wszytko…Nie bede publikowac tu swojej recenzji ale zapraszam do siebie.
Po ostatniej lekturze mam dość takich książek i szukam czegoś lekkiego dla umysłu 🙂
Ta do lekkich nie należy 🙂
Uf..! Szykuje się przednia lektura, mroczna i gęsta od domysłów porządna proza psychologiczna. A co do eksperymentów z narratorem, mieszaniną myśli różnych bohaterów, to podobny zabieg zastosował Julio Cortázar w „Książce dla Manuela”. Pofolgował sobie też Philip Dick w książce „Valis”, gdzie narrator skakał pomiędzy formą pierwszo- a trzecioosobową. Wreszcie José Saramago w wielu swoich książkach w ogóle nie stosuje przeciwników, myślników, cudzysłowów – wypowiedzi bohaterów są po prostu wplecione w jeden ciąg znaków. Takie pozycje rzeczywiście wymagają sporej koncentracji i uwagi czytelnika, ale wydaje mi się, że w każdym przypadku nagroda za te chwile skupienia jest ogromna 🙂
Lubię takie eksperymenty z językiem. A Cortazar jest mistrzem nad mistrzami…