Jeszcze wakacyjnie

Blondynka w MeksykuZostało tylko kilka dni wakacji, a jakoś trudno zauważyć u mnie letnie lektury. A może by udać się do Meksyku? No tak, palcem po mapie…

„Blondynka w Meksyku” Beaty Pawlikowskiej to wydanie kieszonkowe z podtytułem „Dzienniki z podróży”. Chociaż bardziej by tu pasowało słowo – dzienniczki. Sto stron, niemal połowa to rysunki autorki. Można przeczytać w oczekiwaniu na tramwaj, albo podczas opalania się nad niezwykle gorącymi plażami nad Morzem Bałtyckim – w sam raz między jednym deszczem a drugim. Za szybko się ją czyta. A może napisano za mało?

Kto nie lubi marzyć? Kiedy zerkam na zdjęcia Pawlikowskiej, to czuję jakbym sama znalazła się w Meksyku. Chociaż moja wiedza nie będzie pogłębiona, to zawsze wiem trochę więcej. Autorka daje czytelnikowi pewne podstawy, jak się nam spodoba, może warto sprawdzić samemu tę wiedzę w bardziej ambitnych lekturach, lub może w praktyce, podczas własnej samodzielnej już podróży.

Czytałam wcześniej krótką książkę „Blondynka w dżungli” Pawlikowskiej. Ta ma przewagę dzięki zdjęciom. Nie musimy zbytnio wysilać wyobraźni – fotografie przenoszą nas na drugą stronę świata.

Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że Blondynka tak wiele miejsca poświęciła na przytaczaniu mitów Majów i Azteków. Dla niedoszłego podróżnika najbardziej istotne są opisy miejsc, relacji z miejscowymi ludźmi – ich kultura, sztuka, przemyślenia, itp. Autorka pociesza nas Polaków, że w Meksyku jesteśmy dobrze widziani – chciałoby się westchnąć: chociaż gdzieś…