Drużyna Bang Bang

Moja przygoda z fotografią prasową ograniczała się do tej pory do dwóch pozycji książkowych: J. G. Morrisa „Zdobyć zdjęcie. Moja historia fotografii prasowej” oraz P. Chauvela „Reporter wojenny”. Postanowiłam do tego grona dołączyć bardzo głośną książkę G. Marinovicha i J. Silvy „Bractwo Bang Bang. Migawki z ukrytej wojny”.

Zawód fotoreportera wydaje się być niezwykle interesujący. Idealny dla ludzi niezależnych, posiadających inne spojrzenie na świat niż wszyscy. Wystarczy tylko w odpowiednim momencie uwolnić migawkę. Ale czy tylko?

Książka „Bractwo Bang Bang” to historia czterech fotografów wojennych: Kena Oosterbrocka, Kevina Cartnera, Grega Marinovicha i Jo?o Silvy. Przyjaźń jak narodziła się między nimi, związana była z wydarzeniami, które postanowili uwiecznić i przekazać światu. Greg Marinovich jest narratorem tej opowieści. Wydarzenia poznajemy z jego perspektywy.

Cała wymieniona przeze mnie czwórka to nieformalna grupa. Fotografów, którzy pracowali z nimi było sporo, jednak w pewnym momencie mężczyźni postanowili nie przyjmować nikogo więcej, ograniczyć się tylko do tego kwarteu. Bractwo Bang Bang relacjonowało wydarzenia, które rozgrywały się w RPA w latach dziewięćdziesiątych – nazywanych wojną hotelową.

Ryzykowali wiele, a nawet wszystko. Chcąc być jak najbliżej wydarzeń, narażali własne życie. Nie zawsze w pełni uświadamiali sobie to ryzyko. Marinovich opisuje mrożącą krew w żyłach sytuację, jak postanawia biec po coca-colę na drugą stronę ulicy, będąc jednak świadomym, że znajduje się w zasięgu strzału snajpera. Tak często balansują między życiem i śmiercią, że w pewnym momencie przekraczają granice rozsądku. Po co to robią? Ponieważ chcą zostać świadkami dziejów.

Tu rodzi się kolejne pytanie: ile można pokazać na zdjęciu? Wystarczy sobie przypomnieć dwie fotografie nagrodzone Pulitzerem. Pierwsze jest autorstwa Marinovicha i nosi tytuł „Ludzka pochodnia”. Drugie zostało wykonane przez Kevina Cartera, przedstawia sępa i dziecko. Wystarczą te dwa słowa, by przypomnieć sobie tę przerażającą scenę.

Relacjonowanie wydarzeń przez fotografów miało takie same skutki, jak dla żołnierzy udział w wojnie. Syndrom stresu bojowego pojawia się również u reporterów. Niestety, na pomoc psychologiczną nie mogą liczyć. Zresztą nie do końca sobie go uświadamiają. Sam fakt że z Bractwa Bang Bang została tylko dwójka – autorów tej książki – mówi samo za siebie. Najpierw zginął Ken Oosterbroek, Greg został ciężko ranny. Kevin Carter pogrążył się w nałogu narkotykowym i ostatecznie popełnił samobójstwo – rok po otrzymaniu nagrody Pulitzera.

Najważniejszy problem, który wyłania się podczas czytania tej książki, to aspekt moralny. Ile można pokazać na zdjęciu? Co powinien robić fotograf, a czego mu nie wolno? Po wykonaniu zdjęcia, przedstawiającego dziecko i sępa, niemal u wszystkich odbiorców rodzi się pytanie – co stało się z dziewczynką? Carter nie potrafił odpowiedzieć na nie – każdemu pytającemu wymyślał trochę inną historię. Uznał, że ma utrwalać, a nie ingerować.

„Bractwo Bang Bang” to opowieść dla ludzi o mocnych nerwach. Jednak ma nie tyle szokować, co pobudzać odbiorcę do myślenia. Łatwo przecież oceniać, trudniej jednak odpowiedzieć na pytanie – jak daleko można się posunąć w byciu obserwatorem? Może należy ingerować, a jeśli tak, czy powstaną w tym momencie jakiekolwiek relacje reporterskie? Jak postąpilibyśmy w skrajnych sytuacjach? Dzięki szczerym opowieściom Marinovicha mogłam zastanowić się nad tymi trudnymi etycznie problemami. Odpowiedź każdy musi znaleźć sam.

Dziękuję SQN za książkę „Bractwo Bang Bang”