Dzisiaj premierowo o książce „Sieroce pociągi” amerykańskiej autorki Christiny Baker Kline. Opowieść jest fikcyjna, ale przybliża czytelnikom mało znany epizod z historii Stanów Zjednoczonych, dotyczący przewożenia sierot ze wschodniego wybrzeża na Srodkowy Zachód. „Sieroce pociągi” kursowały w latach 1854-1929 i dzięki nim aż dwieście tysięcy dzieci zmieniło miejsce zamieszkania.
Christina Baker Kline w „Sierocych pociągach” przeplata z sobą dwie historie. Jedna dotyczy Niamh, której rodzina przeniosła się w poszukiwaniu lepszego losu z Irlandii do Stanów Zjednoczonych. Jednak na skutek tragicznych wydarzeń dziewczynka traci swoich bliskich. Choć do tej pory niewiele dobrego spotkało ją w życiu, pożar domu w Nowym Jorku sprawia, że mimo zaledwie dziewięciu lat, musi stać się dorosła.
Trafia do sierocego pociągu, ale jako że jest ruda i dosyć duża, ma nikłe szanse na to, by zostać przyjętą do jakiejś rodziny. Kiedy jej się wreszcie udaje, okazuje się, że jest traktowana jak tania siła robocza. Mimo tego, że opiekunowie mieli zapewnić dziwczynce edukację, nie robią tego. Niamh, której zmieniono imię na Dorothy, szyje ubrania, śpi na korytarzu. Gospodyni w obawie, by dziewczynka za dużo nie jadła, zamyka lodówkę na kłódkę. Kiedy przychodzi Wielki Kryzys i krach na giełdzie, Dorothy zostaje niezwłocznie odesłana. Trafia z deszczu pod rynnę. Dopiero za trzecim razem odnajduje dom.
Drugi wątek tej historii jest osadzony w czasach nam współczesnych. Siedemnatoletnia Molly Ayer jest zbuntowaną nastolatką i nie może się odnaleźć w kolejnych rodzinach zastępczych do których trafia. Popada w kłopoty, kiedy próbuje ukraść książkę z biblioteki. Grozi jej poprawczak, ale może wybrać pracę społeczną. Dziewczyna wybiera drugą opcję – dzięki matce kolegi, trafia do domu Vivien, której ma pomóc uporządkować strych.
Podczas rozmów z dziewięćdziesięciojednoletnią staruszką, Molly poznaje historię Vivien. Starsza pani za sprawą pamiątek ze strychu przypomina sobie swoje bolesne dzieciństwo i opowiada o nim Molly. Dziewczyna podczas tych wielogodzinnych rozmów poznaje los dzieci z „sierocych pociągów”. Okazuje się, że Vivien to Niamh. Staruszka i Molly zbliżają się do siebie, bo wiele je łączy.
Dzięki „Sierocym pociągom” poznajemy mało znany fragment historii Stanów Zjednoczonych. Nie jest to wygodna prawda historyczna. Akcja humanitarna zorganizowana przez Children Aid Society miała pomóc dzieciom głodującym na zachodnim wybrzeżu. Ich rodzice przybyli do USA w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Nie zawsze to się udawało. Sieroty czekał kiepski los, zwłaszcza w okresie kryzysu. Pociągi miały przewieźć dzieci tam, gdzie było dużo farm, aby nie groził im głód.
Nie istniała opieka społeczna, a sieroty potrzebowały domu. Dzieci, które trafiały do sierocych pociągów nie wiedziały jaki spotka je los. A bardzo często owa adopcja bardziej przypominała targ niewolników. Największym powodzeniem cieszyły się niemowlęta. Potem chłopcy, zaglądano im w zęby, jak koniom, by ocenić stan zdrowia. Nie było miejsca na sentymenty, nastoletni chłopacy mieli ciężko pracować na farmach.
Jak bolesne były doświadczenia tych dzieci świadczy fakt, że już jako dorośli nie chcieli o tym wspominać. Może właśnie z tego powodu ta część historii jest tak mało znana? Choć z drugiej strony również państwo nie miało się czym chwalić, więc nie wspominano za często o „sierocych pociągach”, a z biegiem czasu pamięć o nich się zatarła.
Książka Christyny Baker Kline dzięki przeplataniu wątków współczesnych i historycznych trzyma czytelnika w napięciu. Jednak obie opowieści są równie ciekawe. Okazuje się, że współczesne sieroty nie zawsze spotyka coś dobrego. Zastanawiają też absurdy amerykańskiego prawa – za próbę kradzieży podniszczonej książki Molly grozi poprawczak. Na szczęście dziewczyna może odbyć pracę społeczną. Dzięki poznaniu Vivien nie będzie się czuła tak samotna. Zresztą podziała to w dwie strony.
„Sieroce pociągi” nie są słodką opowieścią, mowa w nich o trudnym i skomplikowanym dzieciństwie. Podczas lektury uświadamiamy sobie, że system, który ma pomagać sierotom, często jest bezduszny. Jego wady widzimy zarówno czytając o latach dwudziestych ubiegłego wieku, jak i o współczesnych. Autorka książki świetnie poradziła sobie z odkrywaniem przed czytelnikiem wrażliwości dwóch młodych kobiet, dzięki czemu powieść jest wiarygodna i przejmująca jednocześnie. Sporo w niej emocji. Można by zarzucić Kline, że historia Niamh jest zbyt tragiczna. Warto jednak wziąć pod uwagę, że autorka sporo zaczerpnęła z prawdziwych zdarzeń. Tym mocniej ta opowieść przemawia do czytelnika.
Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za książkę.