Czasy, kiedy drugim językiem dla wielu była łacina dawno minęły. Jednak Jacek Piekara postanowił swoją ostatnią powieść osadzić w czasach sarmackich, nie obawiając się braku zrozumienia wśród rzeszy czytelników, którym historia jest obca. Żadna tam „magistra vitae”. Pierwszy tom „Szubienicznika” został wydany niemal rok temu i pozostawił odbiorców z licznymi pytaniami, w stanie maksymalnego napięcia. Teraz czas na wyczekiwaną kontynuację – „Falsum et verum”. Czy ten tom wyjaśni wszystkie zagadki?
Główny bohater powieści został oskarżony o gwałt, zdradę i morderstwa. Jak było naprawdę? Czy rzeczywiście Jacek Zaremba ma na sumieniu te wszystkie zarzucane mu zbrodnie? Aby wyjaśnić potwarze musi dojść do konfrontacji słownej z panem podsędkiem Gideonem Rokickim. Właśnie on postanowił zażartować sobie ze szlachcica. W tym celu posłużył się nawet grupą aktorów. Dlaczego Gideon dla dziwnego dowcipu zaryzykował życie? Przecież mogło dojść do pojedynku. I kim właściwie jest Rokicki? Co knuje, jaką prowadzi grę?
Sprawa powoli się wyjaśnia. Ale tylko pozornie, bo jednocześnie mnożą się kolejne pytania. Bohaterowie przebywają w majątku Hieronima Ligęzy, w tych samych miejscach, co poprzednio. Ucztują, spędzają czas na suto zakrapianych imprezach. Na szczęście kucharz pana stolnika jest abstynentem. Wypija tylko szklankę gorzałki na powitanie dnia, a potem jedynie kilka piw. Dlatego potrawy w jego wykonaniu zachwycają stołujących się u pana Ligęzy.
Akcja powieści, choć niespieszna, wciąż trzyma w napięciu. Jacek Zaremba próbuje rozwiązać zagadki, ale w sposób, który ciekawskiego czytelnika przyprawia o ból głowy. Bo oto myślimy: o teraz dowiem się o co chodziło, a tu nagle kolejni rozmówcy dokonują licznych wtrąceń, co rusz zbaczając z głównego toku wywodu. Styl gawędziarski dominuje w „Falsum et verum” podobnie jak w części pierwszej. A to moim zdaniem jest najciekawsze w tej książce. Jacek Piekara postanowił przypomnieć mentalność szlachty, ich sposób bycia, obyczaje, poglądy polityczne – dzięki licznym dialogom doskonale oddał klimat tamtych czasów.
Z jednej strony akcja powieści toczy się na włościach pana Ligęzy, ale z drugiej mowa będzie o sprawach wagi państwowej, a nawet międzynarodowej. Okaże się, że intryga może sięgać nawet w kierunku króla Jana III Sobieskiego. Wątek kryminalny staje się coraz ciekawszy, ale nie ma co się łudzić, że otrzymamy odpowiedzi na wszystkie pytania.
Zagadki, które mnożą się i w tej części, powodują, że książkę połyka się niezwykle szybko. Chcemy wiedzieć, co będzie dalej. Początkowo zniechęcić może olbrzymia ilość wtrętów łacińskich, ale uprzedzam, że po kilkudziesięciu stronach już tak licznie nie występują. Drugim problemem jest wdrożenie się w akcję, ponieważ po kilku miesiącach niedokładnie pamiętałam, o czym mowa była w pierwszej części. Warto więc czytać od początku, jeśli jest taka możliwość. I marzyć, że trzeci tom szybko się pojawi i rozwieje wszystkie tajemnice.
Lubię powieści historyczne, dlatego „Szubienicznik” mnie przekonuje. Cieszę się, że autor potrafił oddać mentalność siedemnastowiecznej szlachty. Bo gdy ktoś się spodziewa kryminału z wartką akcją, zawiedzie się. Jeśli czytelnikowi zależy na tym, by odbyć podróż w czasie, ta historia go przekona. Zobaczymy wady i zalety szlachty, ich sposób widzenia świata. Wydarzenia i intrygi są przedstawione jak w greckim dramacie. Bohaterowie głównie relacjonują je na spotkaniach z panem stolnikiem i Jackiem Zarębą. A my śledzimy razem z nimi zwroty akcji. Cięciwa od łuku zostaje napięta do granic wytrzymałości… Mam nadzieję, że odpowiedzi uzyskam w tomie trzecim – poproszę jak najszybciej.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Otwarte.