Zachęcona pozytywnymi recenzjami sięgnęłam po Zapachy miast Dawida Rosenbauma. Książkę poleca również redakcja Bluszcza, wszyscy wokół się nia zachwycają. Wyobrażałam sobie coś na kształt Pachnidła z tym, że w wersji pamiętnikarsko-podróżniczej.
No i mam. Wszystko co w Pachnidle mnie zachwycało, tu zwyczajnie odrzuca. No i nie ma fabuły. Co mi po tym, że ktoś sobie pojechał do Maroka, pospacerował po bazarach, nawdychał się okolicznych zapachów? Cóż ciekawego jest w tym, że ktoś poleciał do Nowego Jorku i był zmęczony? Albo wstał rano, przeszedł się na bosaka po plaży? Gdzie tu to coś, co miało mnie zachwycić? Opisy zapachów wprawdzie są głównym bohaterem, ale cóż z tego? A nasz podróżnik, to jakiś wyobcowany zapachoamator, który nie potrafi się zdecydować na konkret. Odnoszę wrażenie, że wszystko co sie wokół niego dzieje, przelatuje obok niego wielką falą, ale go omija. Jak tu się zachwycać opisami zapachów, smaków, jeśli wciąż wydaje mi się, że to nie jest to, że to tylko jakieś oszustwo, powtarzanie banału.
Ile można męczyć motyw zapachu ulic Paryża po deszczu? Pojawia się to wszędzie: w literaturze, filmach – po co to powtarzać. Może warto byłoby poszukać czegoś nowego, odkryć, czym może jeszcze zaskoczyć to miasto, jeśli chodzi o zmysł węchu.
Być może Rosenbaum nie dotarł do mnie, bo nie jestem uwrażliwiona na zapachy. Dobrze, że nie musiałam wydawać tych 30zł za te 216 ston w cienkiej oprawie – chociaż trzeba przyznać, że najlepsza w tej książce jest okladka. Książkę pożyczyłam od koleżanki, ona też mi ją poleciła. Może lepiej wydać tę sumę na bilet na pociąg i wybrać się w podróż do najbliższego lasu, by pooddychać świeżym powietrzem?