„Zgubiono znaleziono” to debiutancka powieść Brooke Davis. Książka powstała po (przedwczesnej) śmierci matki autorki. Brooke Davis a za tę powieść otrzymała nagrodę Australian Book Industry Awards w kategorii General Fiction Book of the Year. „Zgubiono i znaleziono” dotyka problemu śmierci, często ukrywanego, zwłaszcza przed dziećmi. A przecież nie ma nic bardziej pewnego niż to, że umrzemy. Jednak nie jest łatwo opowiedzieć o odchodzeniu. Łatwo popaść w nadmierną nastrojowość, zbyt depresyjne tony, czy banał. Brook Davis postanowiła pokazać, co czuje dziecko po stracie bliskiej osoby.
Siedmioletnia Millie Bird prowadzi „Księgę Nieżyłków”. Postanawia opisać każdą śmierć, która ją dotyka. Zapiski dotyczą pająków, much, ale nie tylko. Wszystkie stworzenia są sobie równe, wobec każdego kilkulatka odprawia swoje rytuały. Millie naliczyła aż dwadzieścia siedem istot, które odeszły z tego świata. Najważniejszy okaże się ojciec, który umiera na raka. Ta śmierć dotyka dziewczynkę, ale inaczej, niż jej matkę. Co rozumie z tego wszystkiego siedmiolatka? Ile wyjaśnią jej dorośli? Jak każde dziecko pyta, ale nie zawsze otrzymuje odpowiedzi.
Sprawy się komplikują, kiedy dziewczynka zostaje porzucona przez matkę w domu towarowym. Spędza noc w sklepie z bielizną. Chociaż mama powiedziała, że zaraz wraca, minuty przeciągnęły się w godziny i nic. Postanawia działać i daje znaki, pisze gdzie popadnie: „Tutaj, mamo”. Przez to zostaje zauważona, ale nie chce iść do innych rodziców, więc ucieka najszybciej jak potrafi. Pomocy udzieli jej Karl Maszynopiszący, osiemdziesięciosiedmioletni mężczyzna.
Millie, aby odzyskać mamę, potrzebuje wsparcia. Niespodziewanie otrzyma ją od Aghaty, staruszki, która od wielu lat nie wychodzi z domu, a jedynie rzuca z okna gniewne komentarze na przechodniów. Te trzy postacie, które wymieniłam, ruszą w podróż po surowej Australii, by poszukać matki małej Millie.
Historia, którą otrzymujemy, pokazuje przede wszystkim, jak różne oblicza może mieć uczucie straty. Siedmiolatka próbuje zrozumieć sytuację, ale nie wszystko do niej dociera. Tęskni za rodzicami, a jednocześnie próbuje jakoś sobie poradzić. Agatha i Karl również utracili bliskie sobie osoby. Okazuje się, że niezależnie od wieku, cierpienie się nie zmienia. Trudno pogodzić się ze śmiercią drugiej połowy, czy rodziców. Jeszcze trudniej o tym mówić, bo to temat zakazany. Jak zatem przeżyć żałobę, poradzić sobie ze stratą?
Brooke Davis łamie tabu, ponieważ niekiedy historia staje się zabawna, a przecież opowiada o niezwykle poważnym temacie. Nie brakuje sytuacji absurdalnych. Takich, które kojarzą się ze „Stulatkiem, który wyskoczył przez okno i zniknął” Jonasa Jonassona. Przede wszystkim śledzimy losy osób zagubionych i samotnych, cierpiących z powodu utraty najbliższej sobie osoby. Nie potrafią się pogodzić ze śmiercią ukochanych, choć świat od nich tego się domaga. Przecież powinni wziąć się w garść, a nikomu nie przychodzi do głowy, by zrozumieć ich uczucia, czy wysłuchać, co mają do powiedzenia. W takiej sytuacji trudno odnaleźć sens życia, a jednak paradoksalnie Karlowi i Aghacie się udaje.
W „Zgubiono znaleziono” narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, ale z perspektywy trojga bohaterów. Widzimy świat oczyma dziecka i dwojga starców. Poznajemy ich historie oraz uczucia, jakich doznali po utracie bliskich. A śmierć dla świata jest niewygodna. Karl musi iść do domu starców, ponieważ dla jego synowej niekomfortowe byłoby zastanie go w fotelu nieżywego. „Umieralnia”, jak nazywa to miejsce, doprowadza Karla do stanu otępienia. Ratunkiem okazuje się Millie.
Historia mogłaby się okazać łzawa, bo jak pisać o śmierci, starości i samotności? A jednak Brooke Davis przełamała tabu i potrafiła pokazać trudne emocje. Powstała opowieść poruszająca, zmuszająca do myślenia. Niespodziewanie udało się połączyć zabawne sytuacje z poważnymi, a jednocześnie oswajać odbiorcę ze śmiercią. Może warto zmusić się do refleksji nad tymi problemami? Nie tylko przy okazji Wszystkich Świętych…
Szczerze mówiąc, książka przewinęła się przez moje ręce, ale okładka mnie zmyliła. Myślałam, że to jakieś banalne powieścidło….
A tu poważne sprawy są opisane z perspektywy dziecka, ale takiego prawdziwego, naiwnego, a nie przedwcześnie dojrzałego.
Zgadza się, współczesne społeczeństwo jak ognia unika tematów związanych ze śmiercią, starzeniem się czy nieuleczalnymi chorobami, a prawda jest taka, że przynajmniej na razie, te rzeczy są integralnymi elementami naszej egzystencji.
Nasze społeczeństwo okrywa to tabu. A jednak nie da się tematu starości i odchodzenia uniknąć. Może lepiej przybliżać śmierć już najmłodszym, kiedy o to pytają – a nie odpowiadać, że dowiedzą się jak dorosną?