Wydawać by się mogło, że to czym zachwycał się parę dekad temu mój ojciec, niekoniecznie musi się spodobać kolejnym pokoleniom. Pamiętam z wczesnego dzieciństwa ekranizację powieści Astrid Lindgren Emil z Lönnebergii. Później sama chętnie sięgałam po powieści tej szwedzkiej pisarki. Czytałam wszystko jej autorstwa, co tylko było dostępne w pobliskich bibliotekach.
Sięgnęłam po książkę Ach, ten Emil z pewnym niepokojem. Bałam się, że treść nie będzie odpowiednia dla dzieci w wieku 4 i 7 lat. No i co może być interesującego w takich opowieściach w XXI wieku? Okazało się jednak, że słuchały z otwartymi buziami. A najbardziej zachwyciło je to, że można posiadać na własność… – świnkę.
Opowiadania są dosyć krótkie. Każde jest poprzedzone piosenką. Do tego treść urozmaicona została ilustracjami Björna Berga – nie trzeba dodawać, że rewelacyjnymi. Zebrano w tej książeczce najzabawniejsze psoty Emila. Jednak 32 strony okazały się dla nas tylko wstępem. Dzieci domagają się kolejnych historii Emila. Dlatego teraz, kiedy wiem, że te opowieści mają u nas rację bytu, sięgnę po kolejne – już w pełnym wymiarze.
Miałam pewne wątpliwości związane z historią o tym, jak Emil upił się sfermentowanymi wiśniami. No i nie myliłam się. Musiałam odpowiedzieć na tysiąc pytań, co to znaczy, że chłopiec był pijany, kim jest abstynent, itp. Z własnego dzieciństwa pamiętam, że Emila za karę zamykano w drewutni, tu zaś musi siedzieć w stolarni. Teraz tylko czekam, czy nie pójdą w ślady Emila…