Czytamy dzieciom codziennie. To rytuał. Prosty. Jak te zdania, które właśnie piszę. Problem pojawia się w momencie, kiedy coś z tego rytmu nas próbuje odciągnąć. Co zrobić, kiedy i mama i tata zaniemówią z powodu bólu gardła? Wtedy warto sięgnąć po „Miasteczko Mamoko”.
Książka D. i A. Mizielińskich początkowo nie przykuła mojej uwagi. Doszłam bowiem do wniosku, że moje dzieci są na taką pozycję zbyt dorosłe… Bo przecież kartonowe okładki są dla maluchów, a ten etap mamy od dawna za sobą. A opowieści obrazkowe, można polecić komuś, kto ma tak od 6 do 10 miesięcy, bo potem liczą się tylko słowa. Och, jak bardzo się pomyliłam.
„Mamoko” jest polecane dzieciom powyżej trzeciego roku życia. Okazało się, że książka przemówiła (bez użycia słów) zarówno do czterolaka i siedmiolatki. Format troszkę większy niż A4, idealny do rozłożenia na podłodze. Tam też najczęściej trafia „Mamoko”. I się zaczyna…
Książkę mogą czytać dwie osoby jednocześnie, chociaż i pięciorgu się udawało. Każdy znajdzie coś dla siebie. Nie padają żadne słowa, ale przecież to tylko kwestia wyobraźni. Historie wymyślają odbiorcy. Za każdym razem inne. Tylko na okładce są wymienione imiona postaci, jednak dzieciaki postanowiły je ochrzcić po swojemu. A jeśli chwilę posłuchamy, co nasze pociechy mają do powiedzenia, okaże się, że nasza wyobraźnia jest niczym w porównaniu do imaginacji dziecięcych. Mamoko to robota koronkowa. Jest tyle szczegółów, niuansów do odkrycia… I okaże się, kto ma oko?