Dzięki komu to była dobra telewizja?

To była bardzo dobra telewizjaTytuł książki – „To była bardzo dobra telewizja” – może sugerować, że autor będzie opisywał historię Telewizji Polskiej w patetyczny, a może i sentymentalny sposób. Jednak już na samym wstępie Dariusz Michalski podpowiada, że będzie mówił o ludziach. Bo to właśnie dzięki nim Polska Telewizja była dobra.

„Radio z lufcikiem”- tak żartobliwie nazywał telewizję Stefan Wiech-Wiechecki. W październiku obchodziła swoje sześćdziesięciolecie. Niewiele brakowało, by była nieco starsza. Od 1929 roku zastanawiano się w Polsce nad jej powstaniem. Przez ponad dekadę trwały badania i eksperymenty. Ostatecznie wydawało się, że w 1940 roku telewizja ruszy. Niestety, druga wojna opóźniła plany inżynierów.

Pierwszy program nadano 25 października 1952 roku o godzinie 19.00. Jak trudne zadanie mieli przed sobą twórcy telewizji, trudno sobie wyobrazić. Byli moim zdaniem – pionierami – jak się wtedy mówiło. Najpierw problemy lokalne, potem techniczne, wszystko działało na zasadzie eksperymentu. Trzeba było zaczynać od zera. Dopasować zasady panujące w radiu i teatrze do potrzeb telewizji.

Dariusz Michalski nie daje czytelnikowi wykładu historycznego na temat różnych programów. Raczej jest narratorem, który stara się opowiadać o telewizji w sposób interesujący. Przede wszystkim barwnie mówi o najważniejszych ludziach tamtego świata. Już na samym początku z wypiekami na twarzy czytałam o… – Teatrze Telewizji. Coś, co może się wydawać skostniałe w swej formie, wtedy było przełomowe. Aż trudno mi było uwierzyć jakie ambitne spektakle były emitowane. I wszystko to trafiało pod strzechy! Oczywiście spektakle ideologiczne – tzn. radzieckich autorów, musiały się pojawiać, ale nie brakowało też Shawa, czy Brechta.

Muszę przyznać, że dziś nie oglądam telewizji. Jednak Michalski sprawił, że łatwo i chętnie wyruszyłam w podróż w przeszłość. Szczegółowe opowieści o programach dla dzieci i młodzieży przypomniały mi dzieciństwo. Ponadto poznałam kulisy tworzenia takich programów jak Teleranek, Domowe Przedszkole, czy też dowiedziałam się, kto uśmiercił Tik-Taka (oj biada mu, biada).

Autor nie zapomniał o niesławnym Dzienniku Telewizyjnym (ponoć jako kilkulatka uwielbiałam tańczyć do melodii rozpoczynającej ten program), kulturalnym Pegazie, czy mrożącej krew w żyłach Kobrze. Pamiętał też o drugiej stronie kamery. Całość wzbogacają liczne fotografie. Nawet nie podejrzewałam, że podczas czytania o spikerach: Janie Suzinie, Krystynie Losce, Edycie Wojtczak przypomnę sobie natychmiast brzmienie ich głosów. A jednak wbili się w pamięć na stałe. Młodsi czytelnicy muszą sobie to wszystko podejrzeć w internecie.

Osobną opowieścią jest historia Kabaretu Starszych Panów –  nazywanego tu dzieckiem polskiego radia. Coś, czego nie mogło zabraknąć w takiej obszernej monografii na temat telewizji. A to dopiero pierwsza część. Choć liczy sobie ponad 400 stron, nie wszystko zostało powiedziane. Reszta będzie za rok. Czekam.

Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu MG.

Ucieczka z Krainy Wiecznego Śniegu – nie tylko o Dalajlamie

Ucieczka z krainy wiecznego snieguKsiążka Stephana Talty’ego zaskoczyła mnie już na samym początku. Kiedy sięgałam po „Ucieczkę z Krainy Wiecznego Śniegu” spodziewałam się, że po prostu poznam historię Dalajlamy. Jednego nie przewidziałam, iż będzie ona niezwykle interesująca, pełna zwrotów akcji, zupełnie jak w filmie sensacyjnym.

Umiera XIII Dalajlama. Zgodnie z tradycją, należy odszukać jego kolejną inkarnację. Grupa poszukiwawcza trafia na małego Lhamo Thondupa, mieszkającego z ubogą i liczną rodziną w północno-wschodnim Tybecie, przy granicy z Chinami. Jednak, żeby chłopiec mógł zostać Dalajlamą, musi przejść szereg testów, mających wskazać, czy jest prawdziwą inkarnacją Awalokiteśwary. Następnie autor opisuje życie chłopca w Lhasie – stolicy Tybetu. Warto obejrzeć – chociażby w internecie, jaka ona jest niezwykła.

Miejsce, które było najważniejsze nie tylko dla mnichów buddyjskich, ale i całego Tybetu, stało się domem małego Lhamo. Niemal od początku zdawał sobie sprawę, jak wielkie brzemię na nim ciąży. Trudno być wcieleniem  Awalokiteśwary, jeśli jest się małym dzieckiem, z daleka od rodziców. Dalajlama jednak nie przypuszczał jeszcze, jak mroczna rysuje się przyszłość.

Nadchodzi rok 1959, który będzie miał olbrzymie znaczenie dla Tybetańczyków. W tym czasie ich kraj jest okupowany, bo został on zajęty 9 lat wcześniej przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą. 17 marca 1959 roku Dalajlama postanawia uciekać do Indii. Podejmuje niezwykle niebezpieczną wędrówkę. Te dwa tygodnie podróży staną się jego testem na dojrzałość.

Autor przybliża czytelnikowi skomplikowaną historię Tybetu. Skupia się najbardziej na roku 1959, on jest  punktem kulminacyjnym opowieści. Jednak dopiero po przeczytaniu tej książki widzimy, jak niezłomny jest ten naród. Pojawia się pytanie, co daje siłę Tybetańczykom? Z książki wynika, że wiara. Nie tylko w buddyzm, ale i Dalajlamę. W „Ucieczce…” Talty’ego pojawia się porównanie, które daje nam lepsze zrozumienie sytuacji. Dla Tybetańczyków Dalajlama jest jakby odpowiednikiem żyjącego Jezusa dla chrześcijanina. Stąd bierze się nadzieja i chęć ujrzenia tego niezwykłego wcielenia  Awalokiteśwary.

„Ucieczka z Krainy Wiecznego Śniegu” pozwala czytelnikowi dotknąć istoty problemu, jakim jest konflikt tybetańsko-chiński. Choć nie jest to łatwe zagadnienie, Talty mówi prostym językiem. Czytałam „Ucieczkę…” jednym tchem. Nawet zupełny laik może sięgnąć po tę książkę bez obaw, że czegoś nie zrozumie. Dla ułatwienia jest słownik trudnych terminów oraz objaśnienia kim są bohaterowie.

Talty kreśli portret Dalajlamy nie tylko jako bóstwa wcielonego, ale jako człowieka z krwi i kości. Pokazuje wady i słabości tybetańskiego przywódcy. Dzięki temu pojawia się obraz osoby pełnej empatii, ciepłej, wrażliwej na losy świata, ale i doskonałego władcy nieistniejącego państwa. Szkoda, że nie można tak jak w fikcji literackiej czekać na szczęśliwe zakończenie tej opowieści. W 2009 dziennikarz odwiedził Tybet. Niestety, niewiele mógł zobaczyć, bo niemal na każdym kroku stali Chińczycy z bronią. Mimo wszystko najeźdźcy nie złamali ducha Tybetańczyków. Nim właśnie kieruje do dziś niezwykły Dalajlama XIV.

Dziękuję wydawnictwu SQN za książkę „Ucieczka z Krainy Wiecznego Śniegu”

Dolce vita po polsku – jak zostać italomaniakiem…

Nie cierpię książek typu: pojechałam do Toskanii i teraz Wam wszystko opiszę… Na szczęście w „Dolce vita po polsku” Anny J. Dudek tego nie dostajemy. Bo ile można wałkować jeden i ten sam temat?

Choć właśnie wybrani przez autorkę przewodnicy mówią o jednym. Prezentują czytelnikowi urok Włoch. Niby wciąż ten sam temat, ale nie do końca. Dziennikarka wybrała zarówno znanych Polaków, jak i Włochów żyjących w Polsce, by zaprezentowali swoje poglądy na temat słonecznej Italii. Z tych wypowiedzi wypływa nie tylko obraz tego pięknego kraju, ale jego duch.

Następuje również pewnego rodzaju zestawienie dwóch narodów: Polski i Włoch. Wynik może okazać się zaskakujący. Bo to, że istnieją Polacy zakochani w Italii, nikogo nie zdziwi. Grażyna Torbicka, Jan Rokita, Zbigniew Boniek przedstawią nam swój punkt widzenia na ten temat. Jak się łatwo domyślić, będą to peany. Z drugiej strony mamy Włochów. I to oni pośrednio uzmysłowią nam, że Polska nie ma się czego wstydzić. Mimo kontrastów oraz różnic, też posiadamy coś atrakcyjnego dla Włochów (i nie zawsze chodzi tu o kobiety).

Czytając książkę trzeba mieć świadomość, że dla Włochów jedną z najważniejszych dziedzin życia jest jedzenie. Dlatego nie polecam tej książki osobom, które są akurat na diecie, albo mają zakaz picia kawy. Okaże się, że Włosi lubią piękno, ale również jedzenie wliczają do swego dziedzictwa kulturalnego. Ktoś zachwycający się Puccinim, czy Rafaelem, za chwilę będzie snuł wywody na temat spaghetti, pizzy, albo kwiatów cukinii.

Dolce vita dla Włocha może oznaczać coś zupełnie innego niż dla nas. Dlatego warto wczytać się uważnie w książkę Anny Dudek. Prócz osobistych rozważań bohaterów, poznałam ważne informacje o filmach, operze, kawie, a nawet winie. Wszystko po włosku, choć niekoniecznie dla Włochów. Są nawet adresy najlepszych restauracji w stylu włoskim – i w Polsce, i samej Italii.

Książka wyjaśnia w nienarzucający się sposób, skąd się bierze nasza naostalgia do Włoch. Wymieniane są znane postaci z historii, które przyczyniły się do zacieśniania polsko-włoskich związków. Fascynacje Kochanowskiego Włochami znamy już ze szkoły podstawowej, podobnie jak królową Bonę i jej włoszczyznę. Natomiast o włoskim mieście w Polsce, jakim jest Zamość, raczej już nie pamiętamy. O tym wszystkim i jeszcze wielu innych rzeczach można przeczytać w książce dziennikarki Anny J. Dudek.

„Dolce vita po polsku” jest o tyle wiarygodna – w porównaniu z wymienianą już literaturą toskańską – że wypowiedzi bohaterów są bardzo osobiste, a przez to interesujące. Każdy  wprowadza troszkę inny obraz Włoch, bo przecież nie jest to jednolity kraj. Całość jednak ma wspólny mianownik – jest nim właśnie owo słynne dolce vita. Idealne na jesienny wieczór, zwłaszcza, że czyta się tę pozycję niezwykle łatwo i przyjemnie. Obowiązkowo z kawą po włosku.

Dziękuję za książkę wydawnictwu MG

Niezwyczajne życie

Życie. Przewodnik praktycznyMożna pokusić się o tezę, że młodym ludziom brakuje autorytetów. Pytanie brzmi, skąd czerpać inspiracje w wyborze odpowiedniej postawy? Czasami trudno znaleźć wokół siebie ludzi, których można by naśladować. A może nikomu się nie chce podejmować takiego trudu?. Czy istnieje jeszcze słowo mentor? W praktyce, a nie w słowniku staropolszczyzny, czy archaizmów języka polskiego.

Autor książki „Życie. Przewodnik praktyczny” nie daje rad, ani nie kusi się o żadne tezy w stylu: „abyś był szczęśliwy w życiu, musisz…” Przeprowadza po prostu wywiady z osobami na tyle znanymi, że mogą stanowić dla nas pewnego rodzaju przykład. Rozmowy w których uczestniczymy są niezwykłe. Odnieść można wrażenie, że jest się w jednym pomieszczeniu ze znaną osobistością.

Szesnaście wywiadów, które przeprowadził Dariusz Zaborek są małymi dziełami sztuki w kategorii dziennikarstwa. Każdą z rozmów warto przeczytać, nie tylko w tym celu, by dowiedzieć się więcej o rozmówcy, ale też by poznać tło historyczne, a przede wszystkim trudne czasy PRLu. Sporo dowiemy się o trudnym temacie ? patriotyzmie. Każdy z bohaterów w jakiś sposób ocierał się o wielką historię, czasami nie tyle ją kształtował, ale w niej uczestniczył, bądź musiał dokonywać odpowiednich wyborów ? nie zawsze tych wygodnych.

Wystarczy wymienić kilka nazwisk: Bartoszewski, Pieczka, Głowiński, Kałużyński, Wisłocka, by zdać sobie sprawę z kim mamy do czynienia. Jednocześnie dziennikarz nie narzuca rozmówcy swojej osoby, tak kieruje wywiad, by osobistości czuły się swobodnie. W ten sposób dowiadujemy się więcej niż byśmy sobie potrafili wyobrazić.

Zaborek nie powie czytelnikowi, jak ma żyć. Przedstawia ludzi dojrzałych i ukształtowanych, którzy większość życia mają już za sobą, ale ich osobowości są tak niezwykłe, że czegoś nas uczą. My odbiorcy mamy poszukać sobie wzoru, bądź odnaleźć drogę, którą będziemy podążali. Bez zbędnego patosu, ale zgodnie ze swoim sumieniem.

Drobny „Kaprysik”

KaprysikTytuł „Kaprysik. Damskie historie” Mariusza Szczygła i sama okładka książki wydają się być nieco infantylne. Już nawet moje niespełna siedmioletnie dziecko wyrosło z okresu wściekłego różu. Chociaż ten kolor z okładki bardziej nazwałabym majtkowym. Tak czy siak negatywne skojarzenie z tamtych różowych dni zostało…

Jednak nie oceniajmy wnętrza po okładce. Tym bardziej, że czytnik, który posiadam jest tylko czarno-biały – i chwała mu za to! Do tej pory miałam okazję czytać „20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła”. Dlatego ucieszyłam się z prezentu Publio. Wiedziałam, że się nie zawiodę.

Czytelnik otrzymuje pięć historii kobiet. Niektóre są znane, inne nie. Jedno je łączy – posiadanie jakiegoś kaprysu. Dlaczego Szczygieł wybrał historie kobiet? Oddam głos autorowi, niech się sam wytłumaczy:

Jak wiadomo kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Uważam, że ludzkość nie robi z tego zjawiska wystarczająco dobrego użytku. 

Książka jest doskonałą lekturą nie tylko w ciepłe dni. Pochłania się ją niemal w kilka minut. Historie trzymają czytelnika w napięciu. Najbardziej spodobała mi się  opowieść o starej kartce, którą Szczygieł znalazł w kawiarni „Nowy Świat”. Na pożółkłym papierze zapisano nazwiska kilku kobiet. Co je łączy? To powinno być zadanie dla detektywa, ale reporter doskonale sobie radzi. I zdradzę, że w finale poznamy rozwiązanie tej niezwykłej zagadki.

Historie opowiedziane przez bohaterki są bardzo ciepłe, dają jakąś nadzieję, pozwalają doszukiwać się sensu w naszej egzystencji. Może się to wydawać banalne, jednak nastawiają pozytywnie do życia. Jeżeli ktoś potrzebuje zastrzyku energii, to ta książka będzie dla niego. Zostaje tylko jedna wada – dlaczego panie Mariuszu tak mało? My czytelnicy domagamy się większej ilości takich reportaży.

Ucieczka od przeszłości

Niestety wszyscy się znamyBohdan Smoleń, Anna Karolina Kłys: Niestety wszyscy się znamy. Książka, która jest biografią człowieka, który rozbawiał całą Polskę. Wystarczyło, że wszedł na scenę, a już było zabawnie. Okazało się jednak, że tak jak na scenie grał zabawne postacie, tak w jego życiu było zupełnie odwrotnie.

Tytuł jest przewrotny: wszyscy się znamy. A raczej wydaje nam się, że tak jest. Smoleń dziś nie chce być rozpoznawalny na ulicy, odcina się od swoich pięciu minut:

Ja na przykład teraz nie lubię być w miejscach publicznych, zaludnionych. Przez to, że kiedyś zdobyłem popularność, to teraz zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie mnie bratersko poklepywał, bratersko obejmował. Bratersko częstował. A ja jestem człowiek nikczemnego wzrostu. Jak mnie po kolei pięć osób pierdyknie w plecy, to mnie boli.

Jak doszło do tego, że czołowa postać świata kabaretowego z lat 70 i 80 zaszyła się na wsi? Dlaczego zamiast rozśmieszać prowadzi fundację, w której zajmuje się hippoterapią dla niepełnosprawnych dzieci? Dlaczego Laskowik – to dla niego pan Zenon, a nie  najbliższy przyjaciel?

Pytań jest sporo. Na wiele z nich otrzymamy odpowiedzi. Jednak nie na wszystkie… Sam Smoleń mówi o tym, że nie potrafi wyjaśnić dlaczego jego syn i żona popełnili samobójstwo. O tych  tragicznych historiach wspomina się w książce. Część z nich znamy, dzięki specyfice naszych czasów. Jednak jak się czuje z tym Bohdań Smoleń dowiemy się dopiero z książki.

Zdziwiło mnie w tym wywiadzie – biografii, jak bujne życie prowadzili jego przodkowie. Węgierskie korzenie, austryjackie, włoskie – to wszystko przedstawia Anna Kłys we wnikliwy i interesujący sposób. Bardzo ważnym elementem jest historia matki Smolenia – kobiety, która przez wiele lat była sparaliżowana. Mogła ruszać zaledwie trzema palcami, a nie ograniczyło jej to w pracy tłumaczki i nauczycielki języków obcych.

Ta historia pokazuje, że od początku Bohdan Smoleń nie miał lekko. Jako dziecko szybko dojrzał – przez chorobę matki i alkoholizm ojca. Mimo to okazało się, że jego mocną stroną jest błyskotliwy i cięty język. I rozbawianie innych. Co ciekawe, na początku pomagała mu matka – pisząc teksty dla młodych kabareciarzy. Całą historię „Pod Budą” i „Tey” można poznać z tej książki.

Dzięki biografii Smolenia poznałam nie tylko życie jednej osoby. Bohater we wspomieniach też nie wybiela  siebie. Mówi o tym jak odnalazł się w latach głębokiej komuny, jak sobie radził z tamtą rzeczywistością. Książka opisuje mroczny świat PRLu. Sporo się można dowiedzieć o regułach panujących w tamtych czasach. Jak trudno potem  się odnaleźć człowiekowi w wolnej Polsce.

Niestety wszyscy się znamy już samym tytułem sugeruje, że niekoniecznie będzie zabawnie. Smoleń opisuje swoje życie, miejscami ze sporym poczuciem humoru – ale nawet poprzez kartki tej książki wiemy, że się nie uśmiecha. Bawi, ale sam nie potrafi się zarazić dobrym humorem. Jego życie przypomina raczej historię współczesnego Hioba. Są w książce fragmenty występów kabaretowych, słowa piosenek – jak się okazało, sporą część znałam z dzieciństwa. Warto poznać historię człowieka, o którym myślimy, że coś wiemy – bo skoro jest śmieszny, to i życie pewnie ma zabawne. A jednak niekoniecznie…