O tej ksiażce napisano już chyba wszystko. Aż wstyd się przyznać, że jej wcześniej nie czytałam. Przyczyna była niezwykle prosta… W bibliotece brakowało jednego tomu, a kupić jej nie było gdzie. W zamierzchłych czasach oczywiście. Wreszcie krętymi ścieżkami dotarły do mnie kolejne części. Mogłam zacząć od początku.
„Diuna” Franka Herberta została napisana w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Powieść powstała w czasach świetności literatury science-fiction i zaraz zajęła miejsce na samych jej szczytach. Przynam, że po powieści s-f sięgam jedynie wtedy, kiedy staną się kultowymi – na inne zwykle brakuje czasu (albo wyobraźni).
Mój odbiór tej lektury wypaczył nieco film w reżyserii Davida Lyncha. Nie przepadam za taką kolejnościa. Wolę najpierw czytać książkę, a potem obejrzeć adaptację filmową. Tym razem wyszło inaczej, dlatego głównego bohatera powieści – Paula Atrydę – widzę z twarzą Kyle’a MacLachlana.
Na pustynną planetę nazywaną Diuną, przybywa książęca rodzina Atrydów. Otrzymują tę ziemię w lenno. Arrakis – inna nazwa tej planety – jest niezwykle ważna, ponieważ na niej wydobywa się cenną przyprawę: melanż. Jednak zdobywanie tej substancji, pomagającej w jasnowidzeniu, utrudniają olbrzymie czerwie, żyjące w gorących piaskach pustyni.
Ojciec Paula Atrydy – Leto, zostaje zgładzony przez Harkonnenów. Dochodzi do przewrotu. Matka Paula ucieka wraz synem na pustynię, tam trafiają na sicz Fremenów. Ludzie pustyni przyjmują Paula, który dokonuje w sobie przemiany i zostaje wyczekiwanym przez lata Muad’Dibem. Kimś, kto ma przeciwstawić się Harkonnenom.
„Diuna” Franka Herberta zaskakuje wielością problemów, które podejmuje. Istotne są tu zagadnienia natury ekologicznej, pytania o wagę religii w kształtowaniu się historii. Fascynuje sam wykreowany przez autora świat. Jest dokładny, szczegółowy i niezwykle bogaty. Ale to dopiero początek. Świata przedstawiony zostaje wzbogacony o ciekawą fabułę.
Bardzo ważne są zagadnienia, które porusza Herbert. Pierwszy to problem władzy. Jaki ma wpływ na jednostkę, ile trzeba zapłacić za jej posiadanie? Co można poświęcić w imię władzy? Jakim kosztem? Takie pytania nasuwają się podczas lektury tej epopei.
Oczywiście dopiero zaczynamy się zbliżać do sedna. Druga istotna sprawa to kwestia ekologii. Arrakis ma służyć głównie do tego, by dawać melanż. Ale jakie będą tego skutki? Fremeni z kolei mają niezwykły plan, by wzbogacić planetę w wodę. Wymaga on jednak pracy wielu pokoleń. Czyje siły zwyciężą?
Ważną rolę w powieści odgrywa Paul Atryda, w którym wielu widzi mesjasza. Polityka oraz religia splątują się z sobą i łączą. Główny bohater ma spełnić niemal boskie zadanie, ale potrafi cierpieć i kochać. Jest człowiekiem z krwi i kości, choć o niezwykłych umiejętnościach. Rola, którą ma do spełnienia, przytłacza go, a jednocześnie daje siłę do działania.
Powieść Franka Herberta nie trąci myszką. Mimo, że wiele książek s-f ulega dezaktualizacji, bo zwyczajnie w świecie się starzeją. Tu, dzięki wykreowaniu tak spójnego świata, nic podobnego się nie dzieje. Dlatego warto sięgnąć po tego klasyka, by zobaczyć, jak olbrzymią wyobraźnią dysponował autor. Oczywiście lektura będzie wymagała pewnego wysiłku. Tyle, że warto podjąć wyzwanie. Przyzwyczajenie się do innych nazw, obcych terminologii może się przydać, zwłaszcza, że kolejne tomy tej epopei przede mną. Uczta dla umysłu jest niezapomniana i jedyna w swoim rodzaju.
Muszę również nadrobić zaległości w tym zakresie. Dzięki za przypomnienie. Nie samymi nowościami mol książkowy żyje.
Zawsze można czekać, aż któreś z wydawnictw wypuści nowe wydanie „Diuny”. Choć znawcy twierdzą, że koniecznie musi być w tłumaczeniu Marszała…
Rebis ma stosunkowo nowe wydania, chyba można spotkać w księgarniach bez większych problemów. I jak sprawdzam, to jest to chyba właśnie tłumaczenie Marszała (wydaje mi się, że były też dwie wersje tegoż – zwykłe i poprawione – ale nie zgłębiałem tematu).
Mam z Rebisu „Paula z Diuny”, ale zanim do tego tomu dojdę, to jeszcze sporo przede mną.
„Paul z Diuny” to już nie Frank Herbert, a ponoć to wszystko, co syn i spółka natworzyli, to tylko na niekorzyść podstawowych sześciu części. Ale kto wie – sam nie czytałem wszystkiego i tylko powtarzam zasłyszane opinie Diunofanów 🙂
Jeszcze sporo tomów przede mną. Ponoć te stworzone przez syna, są na podstawie materiałów, które zostawił ojciec. Ale czy warto sięgnać po te części, nie mam pojęcia.
Ja czekam na mądrość życiową, która pozwoli mi przebrnąć przez „Diunę” w całości. Nie mówię już nawet o cyklu, chodzi mi o pierwszą część.
Muszę przyznać, że na ową dojrzałość musiałam czekać kilkanaście lat – ale wreszcie nadszedł ten moment…
U mnie czas od pierwszego podejścia do przeczytania można chyba już liczyć w dekadach – ale zdecydowanie było warto! (tzn. było warto przeczytać, a nie czekać ;))
Właśnie, a ja przez to czekanie sporo straciłam, choć postaram się poprawić…
Również wolę kolejność: najpierw książka, następnie film.
„Diunę” mam w wersji audiobooka, który umilał nam czas podróży z Warszawy na Dolny Śląsk i z powrotem. Przesłuchałam ok 1/3 na razie, a to dlatego, że dojechaliśmy na miejsce 😉 Ale muszę przyznać, że już te 14 godzin słuchania było interesujące.
Pozdrawiam
Ile? 14 godzin to dopiero 1/3? Trzeba by się wybrać gdzieś tak do Paryża i z powrotem jakimś starym autokarem, żeby odsłuchać całość 🙂
Albo przydałaby się jeszcze jedna taka podróż 🙂
Ale coś mi się zdaje, że i tak muszę odsłuchać od początku, bo podroż była z okazji… świąt wielkanocnych 😉 Więc jakby nie było – trochę czasu minęło 😉
A chociaż tegorocznych??
Na szczęście tak. Trochę w głowie zostało, ale i tak lepiej będzie od początku 😉
Ha, przyznam szczerze, że nie spodziewałem się tego typu pozycji na Twoim blogu. Bardzo pozytywne mnie zaskoczyłaś, bowiem „Diunę” ogromnie sobie cenię. Cały cykl uważam za jeden z ciekawszych, jeśli chodzi o literaturę science fiction. Herbert roztoczył przed czytelnikiem niesamowitą wizję, która powala rozmachem. Najciekawsze są wg mnie wątki ekologiczne oraz religijne.
Literatura science-fiction tak ma, że jest mało docenianym gatunkiem – jeśli chodzi o tzw. autorytety akademickie. A szkoda, bo przez pomijanie jej, sporo się traci.
Czas pochylić głowę i zamiast nowości przeczytać coś ze starej szkoły 🙂
Uwielbiam tę książkę, nie mogę się doczekać ekranizacji