Kobiety Mo Yana

Kiedy sięgnęłam po książkę „Obfite piersi, pełne biodra” Mo Yana myśłałam, że zupełnie odrywam się od powieści historycznej. Oczywiście się pomyliłam, ale nie chciałam wcześniej zaglądać do recenzji, żeby się nie nastawiać do powieści. „Obfite piersi…” nie są książką opartą na autentycznych wydarzeniach, prawdziwych ludzi, ale są osadzone w rzeczywistych czasach i miejscu. Akcja dzieje się w Chinach, mniej więcej od początku XX wieku, do lat 80 tegoż wieku.

Śledząc losy rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong obserwujemy przemiany, jakie miały miejsce w Chinach. Trudno chwilami się zorientować, z jakim bohaterem mamy do czynienia ze względu chociażby na zasady nadawania imion i nazwisk. Na szczęście książka jest długa, więc można się przyzwyczaić – trzeba tylko uważnie czytać i nie gubić wątku.

Chwilami są jednak inne utrudnienia. Niekiedy nie wiemy, kiedy coś jest rzeczywistością, a kiedy wyobrażeniem głównego bohatera, czyli Jintonga. On przez niemal całą powieść jest głównym narratorem, ale najważniejsze jest to, do jakiej rodziny należy. Tylko kobiety w jego rodzinie mają jakiś charakter. Jintong nie chce dać się odstawić od piersi i przez 13 lat życia pije tylko mleko, inne pokarmy doprowadzają go do torsji. Zupełnie inna jest matka i 8 sióstr, jak się okaże przyrodnich, bo ojcem Jintonga jest szwedzki pastor. Siostry po kolei zakochują się, zwykle w niewłaściwych mężczyznach. Matka ubolewa nad swym losem, ale jest twarda, kiedy któraś z córek traci życie, ona podejmuje się trudu wychowywaia kolejnych wnucząt. Łatwo się domyślić, że nie będzie łatwo. Kolejne wydarzenia będą raz wynosiły rodzinę Shangguan na piedestał, by za chwilę ją z niego zrzucić.

No i dochodzę do opisów. Nie polecam książki ludzion o słabych nerwach. Sceny śmierci są pokazane bardzo naturalistycznie. Jednak najważniejszy jest ciąg życia. Tylko główny bohater jest osobą bez charakteru, ale może dlatego udaje mu się przeżyć, choć nigdy niczego nie dokona.

Powieść Mo Yana ukazuje jak mało istotne bywa życie ludzi, zwłaszcz kobiet. Matka, która rodzi bliźniaki liczy się mniej, niż rodząca oślica. Zwłaszcza, że wcześniej powiła siedem córek. Co dopiero by było, gdyby nie urodziła żadnego dziecka? Właśnie ona jest najważniejsza w książce, a nie Jintong. Shangguan Lu przypomina głowy rodu z literatury iberoamerykańskiej. Zaraz nasuwa się na myśl „Sto lat samotności” G. G. Marqueza.

Myślę, że warto spróbować prozę Mo Yana, chociaż będzie to trudne danie. Nie da się tej książki czytać od deski do deski. Dużo można się dowiedzieć o tym, jak odbierano w Chinach człowieka jako jednostkę. A może do dziś jedno istnienie jest niczym, w stosuku do dobra ogółu?

  1. Pingback: Literacki Nobel… | Czytam, bo chcę i już

  2. Interesujące. Co do jednostek ludzkich i ich postrzegania na tle całego społeczeństwa to jednak kultura Wschodu zupełnie inaczej traktuje pojedynczego człowieka. Znakomicie widać to choćby na przykładzie prozy Natsume Sosekiego – w utworze „Jestem kotem” za sprawą swoich bohaterów przeprowadził on b. wnikliwą oraz dogłębną krytykę indywidualizmu, który wg mniemania autora jest i będzie sprawcą większości nieszczęść, które dotykają, albo dotkną cywilizację człowieka Zachodu – rozwody, brak szacunku wobec starszych, rozluźnienie więzów rodzinnych, niemoc nawiązania porozumienia pomiędzy ludźmi, egoizm oraz koncentracja wyłącznie na samym sobie, etc. Warto przy tym nadmienić, że pisarz wspominał o tych rzeczach, z których sporo miało dopiero nadejść, już na początku XX wieku 🙂

Skomentuj Ambrose Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *