„Krótka książka o miłości” – Karolina Korwin-Piotrowska

Krótka książka o miłości, Karolina Korwin-PiotrowskaKarolina Korwin-Piotrowska od wielu lat kojarzę z kimś, która zna się na filmie i nim się pasjonuje. Pamiętam jej audycje radiowe na temat kina, ale też programy telewizyjne. Dzisiaj nie zaglądam w srebrny ekran, ale filmy lubię, choć szkoda mi czasu na złe, więc staram się wybierać świadomie. Lubię zwłaszcza takie, które pobudzają emocje oraz pozostają na długo w pamięci. Wybór jest duży, ale czasami warto spojrzeć wstecz i zwrócić się ku tym produkcjom, które nas poruszają i pamiętamy o nich nawet po wielu latach od daty premiery. Tylko co wybrać? Karolina Korwin-Piotrowska w „Krótkiej książce o miłości” pokaże nam, jakie są jej ulubione filmy i dlaczego właśnie one.

Nie miałam sięgać do tej publikacji. Jednak przeczytałam kilka pierwszych zdań i wpadłam po uszy. Czym przekonała mnie autorka? „Krótka książka o miłości” zaczyna się od wyjaśnienia, co otrzymujemy, a potem zaczyna się opowieść o pierwszym filmie zatytułowanym: „Gwiezdne wojny. Nowa Nadzieja”. W 1979 roku, dwa lata po światowej premierze w polskich kinach można było obejrzeć najnowsze dzieło George’a Lucasa. Dziesięcioletnia Karolina właśnie na ten film się wybiera, choć jest dozwolony od dwunastego roku życia. Jest to jej pierwsza samodzielna wyprawa do tego magicznego miejsca, jakim jest kino. To właśnie wtedy zaczęła się jej fascynacja dużym ekranem.

Karolina Korwin-Piotrowska ułożyła swoje ulubione filmy w porządku alfabetycznym. Czym się kierowała? Jak sam tytuł wskazuje – miłością. Kino fascynuje autorkę, więc postanowiła opowiedzieć o uczuciach, które jej towarzyszą podczas oglądania filmów (pisze tylko o tych jej zdaniem wartych uwagi). Z drugiej strony otrzymujemy również przewodnik po tym świecie, zalanym różnymi, czasem wątpliwej jakości produkcjami. Kiedyś mieliśmy kilka autorytetów w tej dziedzinie, choćby Zygmunta Kałużyńskiego. Natomiast po starym, przedwojennym kinie przez wiele lat przeprowadzał nas co niedzielę Stanisław Janicki.

Dzięki „Krótkiej książce o miłości” otrzymujemy przewodnik po światowym kinie. Dziewięćdziesiąt filmów o których Korwin-Piotrowska pisze z pasją. Wspomina też, że powstanie osobna publikacja o polskich filmach. Tytuły, które wybiera autorka nie są typowymi arcydziełami. Wiele z nich nie należy do klasyki, ale na tyle poruszyły dziennikarkę, że postanowiła o nich napisać – często mocnymi słowami. „Ta książka jest początkiem mojego powrotu z długiej podróży do świata szołbiznesowych półanalfabetów. Cofnięciem się do czasów, kiedy jako mała dziewczynka, co dokładnie w tej książce opisuję, poszłam pierwszy raz sama do kina na Gwiezdne Wojny. I po tym seansie moje życie się zmieniło” (s.18). Teraz Korwin-Piotrowska próbuje zarazić swoją pasją innych, tego właśnie może się spodziewać ten, kto sięgnie po tę książkę.

Otrzymujemy opisy filmów od „Amelii”, „Co się wydarzyło w Madison County”, „Czułe słówka” czy „Ostatnie tango w Paryżu”, aż po „Zmierz bogów”. Dla miłośników książek nie zabraknie też adaptacji – pojawi się „Imię róży”, „Ojciec chrzestny”, „Igrzyska śmierci”, „Świat według Garpa”. Popkultura jest dla dziennikarki środowiskiem naturalnym i świetnie potrafi się w nim poruszać. Pisząc tę książkę również posługuje się tą konwencją, bo przecież kieruje ją do wszystkich, a nie dla krytyków, czy specjalistów w dziedzinie filmu.

Nie zabraknie też prowokacji, wkładania kija w mrowisko, bo autorka podchodzi do sprawy subiektywnie, czasami nazywając ignorantami tych, którzy danego filmu nie widzieli. Jednak trzeba pamiętać, że „Krótka książka o miłości” przeznaczona jest dla osób, którym odpowiada styl Karoliny Korwin-Piotrowskiej. Cięty język i nieprzebieranie w słowach, to jego najkrótszy opis. Dla mnie książka była czymś w rodzaju wspomnień po filmach, które sama oglądałam (okazało się, że było całkiem sporo), ale widzianych oczyma innej osoby. Niektóre obrazy odbierałam zupełnie inaczej, ale odnalazłam też wiele własnych uczuć. Nabrałam też apetytu na kilka filmów, których do tej pory nie poznałam. Więc mimo, że nie jest to pozycja w stylu „filmy, które musisz obejrzeć, zanim umrzesz”, to mam nadzieję, że jeszcze uda mi się po parę ciekawych tytułów jeszcze sięgnąć…

  1. Ja już sama nie wiem czy chce to czytać – nie lubię, jak ktoś kreuje sie na alfę i omegę, i wyzywa mnie od ignorantów, a w sumie ja mogłabym autorce zarzucić to samo, skoro nie zamieszcza w swoim zestawie filmów, które ja uważam za pozycje obowiązkowe

    • Myślę, że w sprawie tej książki dobrze mieć pewien dystans. Ktoś, komu przeszkadza styl Korwin-Piotrowskiej nie sięgnie po ten tytuł. Za to ja chciałam zobaczyć, jakie filmy za wartościowe uznaje sama dziennikarka i wyrobiłam sobie pewne zdanie na ten temat. A książkę potraktowałam nie jako publikację naukową, a taką która pokazuje współczesne kino w tej wersji popularnej.

Skomentuj Qbuś pożera książki Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *