Kiedy czytam kryminały, w mojej głowie zawsze tli się iskra świadomości, że mam do czynienia z fikcją. Popularność literatury i filmów w tym gatunku nie maleje, sama zresztą również sięgam po taką rozrywkę. Co jednak z rzeczywistością? Czy dorównuje, czy przewyższa fikcję? Czy jest możliwe stworzenie sposobu na mordercę? Może wtedy o zbrodniach czytalibyśmy tylko w powieściach kryminalnych? Takie pytania oczywiście wciąż są bez odpowiedzi. Jednak dzisiaj sprawy kryminalne rozwiązują nie tylko policjanci, ale pomagają im również znawcy ludzkiej psychiki. Ann Wolbert Burgess opowie nam o tym, jak w USA doprowadzono do powstania profilerów kryminalnych.
Jeśli to, co napisałam w powyższym akapicie, brzmi jakoś znajomo, to nie przez przypadek. Niektórym skojarzy się z książką oraz serialem „Mindhunter”. Ann Wolbert Burgess należy do tej grupy ludzi, którzy współpracowali z FBI, a także przyczyniła się do rozwoju Jednostki Nauk Behawioralnych. Agenci w pewnym momencie doszli do wniosku, że warto by było poznać najbrutalniejszych przestępców i odkryć, co ich motywowało do popełnienia zbrodni.
Najpierw należało dowiedzieć się jak najwięcej o mordercy, przeprowadzić z nim rozmowę, by potem móc się zastanowić, czy istnieje jakiś wzór postepowania. Ann Wolbert Burgess nie dołączyła do grupy agentów z BSU (Jednostki Nauk Behawioralnych) od razu. FBI potrzebowało kogoś, kto jest autorytetem w dziedzinie terapii ofiar gwałtu, traumy i molestowania. Wybór padł na Ann.
W książce zobaczymy postacie, których nigdy nie chcielibyśmy poznać. Oglądamy morderców (pojawi się przedstawicielka płci żeńskiej), ale też mrówczą pracę śledczych, którzy za wszelką cenę pragną powstrzymać przestępcę przed dokonaniem kolejnej zbrodni. Jak to zrobić? W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku BSU zaczęło pracować nad tworzeniem profilu mordercy. Zaczęto tworzyć jego charakterystykę, na długo przed tym, zanim jeszcze zostanie złapany. Co to miało dać? Dzięki tworzeniu takiego portretu i wysyłaniu go policji, łatwiej było znaleźć przestępcę i tym samym powstrzymać go przed dokonaniem kolejnej zbrodni.
Ann Wolbert Burgess pokazuje, jak trudna była to droga, by praca ludzi z BSU została w ogóle uznana w FBI, a potem szerzej, przez policję i resztę społeczeństwa. Widzimy, jak trudno było uzyskać zaufanie, ale dzisiaj trudno sobie wyobrazić poszukiwanie seryjnego mordercy bez takiego profilowania. Podczas lektury książki widzimy, jak trudna było to osiągnąć, a jednocześnie jak satysfakcjonujące okazywało się dla kogoś, kto pracował od podstaw nad narodzinami właśnie takiej profesji.
Do powstania książki przyczyniły się dwie osoby: Ann Wolbert Burgess oraz Steven Matthew Constantine. Myślę, że to była udana współpraca, gdyż trudno się oderwać od tej publikacji. Poznajemy najsłynniejszych amerykańskich seryjnych morderców, takich jak Ed Kemper, Dennis Rader, Henry Louis Wallace czy Jon Barry Simonis. Odkrywamy też drugą stronę barykady, czyli tych którzy za wszelką cenę chcą ich dopaść. Ann Wolbert Burgess pokazuje, jak dochodzono do rozwiązania sprawy dzięki profilowaniu. Widzimy też jej udział, w całym tym procesie. Dla wielu czytelników historia może być znana z serialu, czy książki „Mindhunter”. Tu widzimy perspektywę nie agentów FBI, a przekaz Ann Wolbert Burgess i jej opowieść o tym, jak powstała nowa grupa: Jednostki Nauk Behawioralnych (BSU). Choć oglądamy mało przyjemne sprawy, wkraczamy w umysły morderców, to i tak trudno odłożyć na bok „Przepis na mordercę”. Po lekturze książki może się jednak zdarzyć, że w ciemnym zaułku ulicy serce zaczyna bić szybciej.
PS Książkę przełożyła na język polski Dorota Konowrocka-Sawa.