„Pypcie na języku” – Michał Rusinek

Michał Rusinek, Pypcie na językuMichał Rusinek w latach 2013-2016 pisał felietony dla „Gazety Wyborczej”. Były one publikowane w dodatku krakowskim, a teraz zostały wydane w książce pt. „Pypcie na języku”. Autor postanowił się w tych tekstach przyjrzeć naszej polszczyźnie. Zastanawia się nad tym, jak piszemy i się wypowiadamy, a także nad tym jaka jest nasza świadomość językowa. Tytułowe „pypcie” już od początku sugerują, że błędów nie zabraknie. I choć prawdziwe wykwity na języku mogą być bolesne, tak pomyłki językowe rażą jedynie językoznawców.

Język żyje i ciągle się zmienia. Michał Rusinek stwierdza, że go nie zauważamy, kiedy używamy go w sposób poprawny. Porównuje język do szyby, przez którą oglądamy rzeczywistość. Nie dostrzegamy jej, dopóki nie pojawi się skaza. Człowiek widzi rzeczy, które go otaczają, ale posługując się słowami sprawia, że jego świat jest bogatszy. Autor książki obserwuje rzeczywistość i przygląda temu, co dzieje się między jej słownymi oraz niesłownymi elementami i czerpie z tego wiele radości.

Książka „Pypcie na języku” podzielona została na dziewięć części. Każda z nich dotyczy innego aspektu naszego życia. Będą „pypcie” językoznawcze, obywatelskie, kulinarne, czy zapożyczone. Nie zabraknie także tych wirtualnych, historycznych czy współczesnych. Pierwsze z nich zostały wzięte bezpośrednio z życia autora. Michał Rusinek pisze o tym w krótkich felietonach. Nie chodzi mu o to, by dokładnie analizować błędy językowe, które popełniamy. Dla autora te niepoprawności są pretekstem do pewnych rozważań. W efekcie otrzymujemy zabawne teksty o tym, co powinno nas drażnić oraz przeszkadzać, a czego najczęściej nie zauważamy, na co dzień posługując się polszczyzną.

Michał Rusinek potrafi docenić piękno języka. W jego tekstach jest to bardzo wyraźne. Bo choć opowiada o tym co niepoprawne, sam dba o formę i styl. Autor okazuje się świetnym słuchaczem i obserwatorem. Wszystkie potknięcia słowne natychmiast zauważa i zastanawia się nad przyczynami danego zjawiska, gdy staje się nagminne. Dlaczego uwielbiamy wszelkiego rodzaju zdrobnienia? Michał Rusinek pokazuje nam, że niepotrzebnie infantylizujemy język, którym się posługujemy. Zauważa też pewne tendencje. Nagminnie nie odmieniamy nazwisk, przesadzamy z ozdobnym stylem, albo stosowaniem anglicyzmów. Zbyt często używamy języka bez zastanowienia.

Autor opowiada nam ciekawe anegdoty. Choćby o tym, jak pewnego dnia zadzwoniła do niego pani z banku:

(…) Zapytała, czy rozmawia „z panem Michałem Rusinek”. Odpowiedziałem uprzejmie, że tak, ale ja się deklinuję. Na co ona: „A to przepraszam. Zadzwonię później”.

Wprawdzie nie otrzymujemy książki dla studentów filologii polskiej, w której językoznawca dokonałby szczegółowej analizy błędów przez nas popełnianych, ale autor nie boi się posługiwać fachowym słownictwem. Z tym, że posługuje się nim znając jego znaczenie. Pani z banku z pewnością nie miała pojęcia, czym owa deklinacja może być.

W książce do owych błędów pisarz odnosi się z czułością. Jak twierdzi, nigdy nie należy wyśmiewać się z nazwisk. On sam idzie krok dalej, bo nie szydzi z owych potknięć. Wprawdzie niektóre go bawią, ale przede wszystkim zmuszają do myślenia. Zobaczymy, co o nas mówią te błędy, do jakich refleksji zmuszają autora książki. Michał Rusinek widzi w „pypciach” znacznie więcej, niż przeciętny użytkownik języka. Zauważa, kiedy błędy są pojedynczym potknięciem, a kiedy stają się pewnym zjawiskiem. Nie ma zamiaru jednak nas edukować, a chce byśmy się nad tymi problemami zastanowili. Niekiedy bowiem błędy wynikają z tego, że język ewoluuje i musi minąć trochę czasu, byśmy się oswoili z tymi nowinkami.

Michał Rusinek w „Pypciach na języku” poprzez skupieniu się na polszczyźnie, daje nam pewien obraz naszej rzeczywistości. Bawi odbiorcę swoimi tekstami oraz zaskakuje błyskotliwą puentą. Jednocześnie od siebie wymaga najwięcej. Otrzymujemy świetne literackie miniatury, którymi można się delektować jak najbardziej wyszukanym daniem. Liczy się język, styl a także humor. Michał Rusinek bawi odbiorcę, ale też sygnalizuje, że wciąż daleko nam do językowej doskonałości. Zabawy polszczyzną dają autorowi książki wiele radości, a czytający może podziwiać jego kunszt i mieć nadzieję, że w porę dostrzeże własne pypcie na języku…

  1. Dziękuję Panu Michałowi za tak cudowną książkę. To przypadek, kiedy żałowałam, że tak szybko czytam, i co chwila wracałam do początku kolejnego rozdziału, żeby jak najbardziej przedłużyć przyjemność. Akurat humor specjalnie mi nie dopisywał i „Pypcie” okazały się wspaniałym remedium na tę przypadłość. Szczerze podziwiam i jeszcze raz dziękuję.

    • Rzeczywiście, tę książkę czyta się zdecydowanie za szybko. Czas zacząć namawiać pisarza na dalszy ciąg, ponieważ „Pypcie na języku” i bawią, i pozwalają na delektowanie się stylem, jaki daje nam Michał Rusinek.

  2. Książka kapitalna! Najbardziej uśmiałam się czytając felieton o wymyślnych opisach potraw w menu. Ze względu na konieczność ich tłumaczenia na język rosyjski od czasu do czasu bywa, że muszę tłumaczyć gościom, żeby nie zważali na to, że w menu jest całe zdanie, a ja mówię cztery słowa, bo tylko one są istotne 🙂 Pozdrawiam!

    • Zgadza się, te wszystkie górnolotne sformułowania jakoś nie zawsze idą w parze z wykwintnością dania. Ciekawa jestem miny obcokrajowców, kiedy im ktoś to dosłownie by przetłumaczył… 🙂

  3. Bardzo lubię zarówno piękny język autorów, rozważania o języku, jak i felietony, dlatego już upatruję w tej książce dobrej lektury. 🙂 Tym bardziej, że sama popełniam błędy, z których nie zdaję sobie sprawy, a chętnie je wyeliminuję, przynajmniej na tyle, na ile będę mogła. 🙂

    • Najgorzej, że kiedy popełniamy błędy nie jesteśmy tego świadomi. Natomiast Michał Rusinek nie ma zamiaru nas poprawiać, ale poprzez język przygląda się naszej rzeczywistości i nas bawi. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *