Uprzedzam, że jestem miłośniczką kotów, więc wszystko co napiszę może być mocno subiektywne. Po pierwsze – po książkę „Riko i my” Joanny Chełstowskiej i Ludwika Kozłowskiego sięgnęłam, bo z okładki spoglądał na mnie piękny kot. Choć jego mina (jeśli koty posiadają miny) różni się od tych powszechnie ukazywanaych w reklamach, to zaintrygował mnie wyraz jego pyszczka.
Historia tytułowego bohatera została napisana w trzeciej osobie, ale świat widzimy z perspektywy czworonoga. Poznajemy jego życie, a nawet wewnętrzne przemyślenia.
A Riko ma o czym opowiadać. Urodzony na wsi pod Warszawą, szybko musi się przeprogramować na życie bardziej miejskie. Jego łąka zostaje zamieniona w plac budowy. Powstaje osiedle, na którym mieszkają dziwne dwunożne istoty. Jedna para codziennie zostawia na tarasie miseczki z wodą i jedzeniem. Kot zaczyna z tego korzystać i oswajać z otoczeniem.
Nie jest jednak sam. Ma rodzinę. Zachowuje się jak człowiek, a nie kocur, bo pomaga kotce wychowywać młode. Ba, nawet nakłania rodzinę, by zaglądali do nowych mieszkańców. Tak rodzi się przyjaźń całej kociej rodziny z Joanną i bokserem Wugim. Opisane zostało, jak Riko stopniowo pozwolił się oswoić. Podobnie stało się z jego wybranką serca – Szarosrebrną i ich dziećmi. W pewnym momencie kotów jest aż dwanaście, ale każdego z nich dobrze poznajemy.
Jeśli się posiada tyle czworonogów, to jest o czym pisać. Ich przeżycia i historie niekiedy trzymają w niepewności. Czy chory kot przeżyje? Co się stało z zaginionym kotem? Czy wróci? Dzięki temu opowieść czyta się niezwykle szybko. Aż chciałoby się więcej.
Historia Rikiego jest według autorów autentyczna. Bohaterowie książki posiadają newet swój profil na facebooku, więc można popatrzeć jak wyglądają i jak się mają. Oprócz historii o ludziach i kotach – ich wspólnych relacjach, poznajemy tych czworonogów, jako stworzenia niezwykle wrażliwe, kochające człowieka, a nie miejsce – wbrew obiegowej opinii.
Autorzy uczą nas jak dbać o koty, dają nam lekcje kociego słownika. W ten sposób wiele się można nauczyć o zwierzakach – nawet jeśli uważamy, że wszystko już wiemy na ich temat. Walorem książki jest nie tylko strona edukacyjna, ale i przesłanie, które wypływa z historii. Czworonogi są traktowane po franciszkańsku – jako bracia mniejsi. Książka pokazuje, że należy przygladać się kotom, a wtedy lepiej je zrozumiemy. Bo świat dzieli się na tych, którzy kochają koty i ludzi, którzy jeszcze o tym nie wiedzą – są to słowa Wugiego.
Można polecić historię Riko zarówno dorosłym, jak i dzieciom. Na początku nie podejrzewałam, że książka dotrze też do młodszych czytelników, ale moje dzieci stanowczo domagają się tej opowieści. Myślę, że mogą z niej wiele wynieść. A i nasz domowy kot na tym skorzysta, bo dzięki książce „Riko i my” maluchy będą rozumiały lepiej sygnały, które wysyła im nasz rudzielec. Wzruszeń też nie zabraknie.
Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Pierwsze.
Antropomorfizacja – nie wiem, czy to dobry kierunek. Zwłaszcza w połączeniu z wiedzą, a nie z bajką. Ilu czytelników przyswoi podświadomie, że zwierzęta myślą jak ludzie i kierują się tym, czym my, co potem prowadzi do nieszczęść?
Książka raczej nie dla mnie. Jak kocham psiaki, które w kocie widzą coś pośredniego między wrogiem a zabawką 😉 Ale polecę mamie. Ma kilka kotów, na szczęście w ogródku 🙂
Riko rzeczywiście przez swoje człowieczeństwo mógł być mniej wiarygodny, ale cały czas jest opisywany jest jako wyjątek od reguły…
Ależ oczywiście, że koty robią miny. Czasami mam wrażenie, że Aleksander uśmiecha się do mnie niczym kot z Alicji z Krainy Czarów 😉