„Pierwsze słowo” – Marta Kisiel

Pierwsze słowo, Marta KisielKsiążka „Pierwsze słowo” Marty Kisiel jest zbiorem opowiadań. Choć sama autorka zapowiada, że nie potrafi ich pisać, to jedenaście historii umieszczonych w tej książce udowadnia coś zupełnie innego. Pierwszy opublikowany tekst to „Rozmowa dyskwalifikacyjna”, którą czytelnicy „Fahrenheita” mogli poznać w 2006 roku. Krótkie formy pozwalają na zapoznanie się ze stylem danego twórcy, znawcom twórczości umożliwiają delektowanie się kolejnymi tekstami. Natomiast o tym jak bardzo lubiana jest Marta Kisiel świadczy fakt, że niedawno jej „Małe Licho” zwyciężyło w kategorii literatura dziecięca w plebiscycie na Książkę Roku 2018 lubimyczytać.pl. Czytaj dalej

Matematyka bez tajemnic – „Matemagia”, A. Benjamin, M. Shermer

MatemagiaPrzez ręce mola książkowego niezbyt często przechodzą takie pozycje. „Matemagia. Tajniki pamięciowej matematyki” Arthura Benjamina i Michaela Shermera może sprawiać wrażenie podręcznika, albo kompedium wiedzy – jednak to tylko pozory. Zaczął się nowy rok szkolny, więc może warto się przyjrzeć tej książce?

Autorzy postanowili udowodnić czytelnikowi, że nauka matematyki jest przyjemnością, a nie kłopotem. Jako nauczyciele akademiccy starają się zarażać innych swoją pasją. Od najmłodszych lat uwielbiali tę dziedzinę wiedzy, ale teraz pokazują, że sztuki „matematycznego geniuszu” można się nauczyć, wystarczy chcieć.

Cały chwyt tej lektury polega na tym, że potraktowano tu liczenie na tym samym poziomie co sztuki cyrkowe. A wiadomo, każdy magik musi sporo trenować, by móc zadziwiać publiczność. Jest jednak pewna różnica, autorzy książki nie ukrywają przed nami swoich tajemnic, wręcz odwrotnie, odkrywają dokładnie wszystkie karty, cierpliwie – krok po kroku – objaśniając techniki szybkiego liczenia.

Po przeczytaniu „Matemagii” zdziwiłam się, że takich „sztuczek” nie uczy się w szkole. Metody przedstawione przez A. Benjamina i M. Shermera są niekiedy tak proste, że nawet tak opornej na matematykę osobie jaką jestem, udało się czegoś nauczyć. Ba, co chwilę przecierałam oczy ze zdumienia – bo okazywało się, że matematyka wcale nie jest taka trudna. Tylko trzeba mieć do niej odpowiednie – pozytywne – nastawienie.

Założeniem książki jest to, by nauczyć się sposobów szybkiego liczenia tak, by zadziwiać innych swoimi umiejętnościami matematycznymi. Pokazane są sztuczki, które można opanować, a dzięki nim szybko liczyć w pamięci oraz na kartce. Praktyczne rady przydadzą się wszystkim, którzy chcą mieć sprawny umysł. Interesujące według mnie były również krótkie biogramy znanych matematyków. Przedstawiono nie suche fakty, a to jakimi potrafili być ciekawymi postaciami, nawet awanturnikami, a przy okazji pokazano co osiągnęli.

Jak jednak sprawdzić, czy sposoby ułatwiające liczenie są skuteczne? A. Benjamin i M. Shermer podają przykłady, ale też proponują ćwiczenia. Odpowiedzi znajdują się na końcu książki, więc można próbować do skutku.

Myślę, że „Matemagią” można się posłużyć do tego, by wszczepić w młodzieży szacunek do królowej nauk. Dzięki książce można stać się magikiem, a skutki mogą być naprawdę pozytywne. Jeśli po tę pozycję sięgną dorośli, to przy okazji odkurzą sobie pewne podstawy i nie będą się musieli wstydzić przed własnymi dziećmi. Bo na naukę nigdy nie jest za późno. Proponuję też by nauczyciele matematyki zerknęli w „Matemagię”. Można w niej znaleźć sposoby, które spowodują, że nauka liczenia stanie się znacznie łatwiejsza i fascynująca zarazem. Jedno co chętnie bym poprawiła, to okładka.

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Pierwsze.

Riko i my – J. Chełstowska, L. Kozłowski

Riko i myUprzedzam, że jestem miłośniczką kotów, więc wszystko co napiszę może być mocno subiektywne. Po pierwsze – po książkę „Riko i my” Joanny Chełstowskiej i Ludwika Kozłowskiego sięgnęłam, bo z okładki spoglądał na mnie piękny kot. Choć jego mina (jeśli koty posiadają miny) różni się od tych powszechnie ukazywanaych w reklamach, to zaintrygował mnie wyraz  jego pyszczka.

Historia tytułowego bohatera została napisana w trzeciej osobie, ale świat widzimy z perspektywy czworonoga. Poznajemy jego życie, a nawet wewnętrzne przemyślenia.

A Riko ma o czym opowiadać. Urodzony na wsi pod Warszawą, szybko musi się przeprogramować na życie bardziej miejskie. Jego łąka zostaje zamieniona w plac budowy. Powstaje osiedle, na którym mieszkają dziwne dwunożne istoty. Jedna para codziennie zostawia na tarasie miseczki z wodą i jedzeniem. Kot zaczyna z tego korzystać i oswajać z otoczeniem.

Nie jest jednak sam. Ma rodzinę. Zachowuje się jak człowiek, a nie kocur, bo pomaga kotce wychowywać młode. Ba, nawet nakłania rodzinę, by zaglądali do nowych mieszkańców. Tak rodzi się przyjaźń całej kociej rodziny z Joanną i bokserem Wugim. Opisane zostało, jak Riko stopniowo pozwolił się oswoić. Podobnie stało się z jego wybranką serca – Szarosrebrną i ich dziećmi. W pewnym momencie kotów jest aż dwanaście, ale każdego z nich dobrze poznajemy.

Jeśli się posiada tyle czworonogów, to jest o czym pisać. Ich przeżycia i historie niekiedy trzymają w niepewności. Czy chory kot przeżyje? Co się stało z zaginionym kotem? Czy wróci? Dzięki temu opowieść czyta się niezwykle szybko. Aż chciałoby się więcej.

Historia Rikiego jest według autorów autentyczna. Bohaterowie książki posiadają newet swój profil na facebooku, więc można popatrzeć jak wyglądają i jak się mają. Oprócz historii o ludziach i kotach – ich wspólnych relacjach, poznajemy tych czworonogów, jako stworzenia niezwykle wrażliwe, kochające człowieka, a nie miejsce – wbrew obiegowej opinii.

Autorzy uczą nas jak dbać o koty, dają nam lekcje kociego słownika. W ten sposób wiele się można nauczyć o zwierzakach  – nawet jeśli uważamy, że wszystko już wiemy na ich temat. Walorem książki jest nie tylko strona edukacyjna, ale i przesłanie, które wypływa z historii. Czworonogi są traktowane po franciszkańsku – jako bracia mniejsi. Książka pokazuje, że należy przygladać się kotom, a wtedy lepiej je zrozumiemy. Bo świat dzieli się na tych, którzy kochają koty i ludzi, którzy jeszcze o tym nie wiedzą – są to słowa Wugiego.

Można polecić historię Riko zarówno dorosłym, jak i dzieciom. Na początku nie podejrzewałam, że książka dotrze też do młodszych czytelników, ale moje dzieci stanowczo domagają się tej opowieści. Myślę, że mogą z niej wiele wynieść. A i nasz domowy kot na tym skorzysta, bo dzięki książce „Riko i my” maluchy będą rozumiały lepiej sygnały, które wysyła im nasz rudzielec. Wzruszeń też nie zabraknie.

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Pierwsze.