O Irenie Sendlerowej słyszał chyba każdy. Nic dziwnego, ponieważ kobieta z narażeniem życia ratowała żydowskie dzieci w czasie II wojny światowej. W związku z tym uznano ją Sprawiedliwą wśród Narodów Świata, uhonorowano Orderem Orła Białego i Orderem Uśmiechu. Choć przez wiele lat nie było o niej głośno, to w 1999 roku postawę Ireny Sendlerowej rozsławiły uczennice ze Stanów Zjednoczonych, które napisały i wystawiły sztukę „Życie w słoiku”. Dziesięć lat później na podstawie życiorysu Ireny Sendlerowej powstał film w reżyserii Johna Kenta Harrisona pt.”Dzieci Ireny Sendlerowej”. W tej hollywoodzkiej produkcji rolę tytułowej bohaterki zagrała Anna Paquin.
Kiedy mamy do czynienia z osobą, która ryzykowała własne życie, by ratować cudze, z pewnością nazwać ją można bohaterem. Irenie Sendlerowej przypisuje się uratowanie 2500 ludzkich istnień. Czy rzeczywiście tak było? Anna Bikont w biografii „Sendlerowa. W ukryciu” postanowiła zmierzyć się z pewną legendą. Z Ireny Sendlerowej uczyniono osobę, która kojarzyć się ma z bohaterską postawą. Kiedy pojawiły się osoby, takie jak Tomasz Gross, które pisały o tej niewygodnej części naszej historii, działania Ireny Sendlerowej miała być tą jasną stroną naszego oblicza.
Anna Bikont w swojej książce oddaje głos uratowanym w czasie drugiej wojny światowej żydowskim dzieciom. Dzięki ich opowieściom widzimy, jak trudno było ocalić jedno istnienie. Widzimy, kto najbardziej zagrażał ich życiu. Czy byli to naziści? Oczywiście, oni stali za uśmiercaniem Żydów. Jednak z tych kolejnych opowieści wyłania się niewygodny obraz Polaków, którzy z chęci zysku donosili na tych, którzy ukrywali dzieci. Często wystarczyło jedno słowo, by hitlerowcy sięgnęli po broń. Na hasło „Jude” rzucone z ust polskich dzieci nie można było przejść obojętnie. Widzimy też szmalcowników, czyli ludzi którzy wymuszali okup od Żydów za niewydawanie ich Niemcom.
Z książki Anny Bikont wynika, że tak naziści kiepsko sobie radzili z rozpoznawaniem Żydów. Z getta warszawskiego wcale nietrudno było się wydostać. Najtrudniej było się utrzymać po aryjskiej stronie. Właśnie tam czekała na nich nienawiść ze strony Polaków, ewentualnie próbowano czerpać zyski z ich nieszczęścia. „Walka o ratowanie Żydów była w dużej mierze wojną polsko-polską” pisze Anna Bikont. W tym świecie przesiąkniętym antysemityzmem pojawia się Irena Sendlerowa. Losy dzieci, które opisuje autorka biografii, mają prowadzić właśnie do „Jolanty”. szybko się jednak okazuje, że obraz Sendlerowej, który sobie utrwaliliśmy, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Okazuje się, że Sendlerowa wiele z tego, co utrwaliło się w tym micie, wykreowała sama. Dlaczego tak robiła? Skoro przecież nikt nie umniejszał jej bohaterstwa, po co dodawała do tego coś jeszcze? Anna Bikont odkrywa owe nieścisłości, szuka w źródłach i opisuje, co się zmieniło w opisywaniu ratowania żydowskich dzieci przez lata. Co było prawdą, a co zmyśleniem. Widzimy osobę, w której narasta strach, obawa przed tym, by historia Holocaustu się nie powtórzyła.
Biografia napisana przez Annę Bikont nie jest typowa choćby ze względu na formę. Najpierw zamiast typowego przedstawienia postaci, pojawiają się opowieści ludzi ocalałych w czasie wojny. To ci, których Irena miała uratować, stać się drugą matką. Szybko się okazuje, że za życiem jednego z tych dzieci stał cały sztab ludzi. Irena Sendlerowa była jedną z tych, która angażowała się w pomaganie. Dlaczego tylko ona stała się bohaterką mitu?
Pewne niewygodne sprawy Irena Sendlerowa starała się pomijać. Nie mówiła otwarcie o swojej działalności w PZPR po wojnie. Anna Bikont w swojej książce pokazuje, że skoro przed wojną Irena miała lewicowe przekonania, a z nich wypływało jej społecznikowskie zaangażowanie, walka z biedą i zacofaniem, to w powojennej Polsce było oczywiste, że teraz może działać tylko w ten sposób. Autorka biografii walczy z hagiograficznym podejściem do bohaterów. Nie ma zamiaru „uprawiać ślepego kultu Sendlerowej”. Oddziela fakty od mitów, zagląda do źródeł, by pokazać prawdziwą Irenę. Nie umniejsza jej zasług, a jednocześnie podkreśla, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, gdy się jej głębiej przyjrzymy.
Ja takie podejście sprowadzające się do walki z „hagiograficznym podejściem do bohaterów” bardzo sobie cenię – w ten sposób możemy przekonać się, że owymi bohaterami zostają normalni ludzie, niewolni od wad i słabostek. Nie są to wcale postacie spiżowe, nieskalane i doskonałe, a więc odległe, nieosiągalne.
W takim przypadku łatwiej uwierzyć w to, czego dokonała opisywana osoba. Nie chodzi o wywlekanie brudów, a o pokazanie jednostki w sposób wiarygodny.
Otóż to! Często powtarzamy mity. Tak jak napisałaś – nawet jeżeli spojrzymy krytycznym okiem na postać Ireny Sendlerowej nikt nie umniejszy jej zasług w ratowaniu żydowskich dzieci. Dobrze, że powstają takie publikacje. Oczywiście przeczytam z ogromnym zainteresowaniem. Pozdrawiam!
Pewne mity wygodnie się powtarza, bo dzięki pewnym stereotypom możemy się wybielać. Wtedy wydaje się, że osoby ratujące żydowskie dzieci stanowiły spory odsetek polskiej ludności, a tu widzimy, że wcale tak nie było.
To zdecydowanie książka godna poznania!