Z książką Beaty Pawlikowskiej z serii National Geographic, Dzienniki z podróży zetknęłam się już wcześniej. Była to „Blondynka w Meksyku” i „Blondynka w dżunglii”. Tym razem Mikołaj pomyślał, że czas się wybrać na Tasmanię.
Beata Pawlikowska wybrała się na drugi koniec świata właśnie w czasie, kiedy świętujemy Boże Narodzenie. Z tym, że na Tasmanii wszystko wygląda inaczej. Nigdzie nie było znaku świąt. Żadnych choinek, ozdób, dekoracji… Wigilia w stylu tasmańskim to popołudniowe spotkanie ze znajomymi – na drinku oczywiście. Święta oznaczają, że nie można się przemieszczać transportem publicznym – wszystkie autobusy i pociagi zostały odwołane na cztery dni. Więc jak poznać wyspę? Odpowiedź znajduje się w książeczce.
Beata Pawlikowska przybliża nam Tasmanię w sposób podobny do poprzednich. Opowiada historię miejsca, pokazuje zwyczaje, przytacza trochę anegdot i własnych refleksji. Kiedy czytam książki tej autorki, to w głowie odtwarza mi się głos autorki – tak dobrze znany z radia. Wtedy łatwiej mi pogodzić się z tym, że napisała tak mało. A przecież chciałabym dowiedzieć się więcej. Kilka zdjęć i opisów mi nie starcza.
Widać nie jestem docelowym odbiorcą tej lektury. Książka jest tak mała, że odnosiłam wrażenie, że czytam modlitewnik. Z drugiej strony dzieł o Tasmanii nie ma zbyt wiele, więc warto od czegoś zacząć. A lektura nadaje się w kolejkę do lekarza, czy w podróż autobusem. Pod warunkiem jednak, że nie będziemy musieli czekać zbyt długo…