Kobiety i ich odbicie…

Kobieta w lustrzeJakże inni pisarze muszą zazdrościć Schmittowi. Taki płodny twórca, Taki poczytny i popularny.  Co chwilę nowa powieść. Nie czytałam jeszcze wszystkich jego książek, ale już nawet na tym blogu widać, że było ich kilka. No i za każdym razem zaskoczenie. Nawet jeśli temat będzie podobny, to chociaż forma okaże się inna. A każda z powieści jest inna i jednocześnie interesująca.

Zaczęłam swą  przygodę z tym autorem od Oskara i pani Róży. Olbrzymim zaskoczeniem była kolejna pozycja – Małe zbrodnie małżeńskie, które są dramatem… Teraz udało mi się dotrzeć do jeszcze świeżej –  niemal prosto z pieca – Kobiety w lustrze.

Tytuł sugeruje liczbę pojedynczą. Pisarz natomiast przedstawia nam trzy bohaterki. Każdy kolejny rozdział konsekwentnie przybliża nam jedną z nich. Na początku może się to wydawać utrudnieniem, ale już raz Schmitt płatał podobnego figla czytelnikowi. Była to książka – Przypadek Adolfa H. Raz mieliśmy prawdziwego dyktatora znanego z kart historii, a raz koncepcję Adolfa, spełnionego artysty.

Wracając do tematu – kobiety noszą niemal to samo imię: Anne, Anny, Hanne. Pierwsza z nich to mistyczka, żyjąca w czasach reformacji. Kolejna jest  współczesną gwiazdą filmową. Kobieta wymieniona przeze mnie jako trzecia, to arystokratka, żyjąca w świecie psychoanalizy, krótko przed wybuchem pierwszej wojny światowej.

Zaraz po pierwszych stronach powieści miałam ochotę natychmiast poszukać punktów, które połączą te trzy bohaterki. Czy będą miały  z sobą coś wspólnego – oczywiście oprócz płci i imion? Nie mam ochoty zdradzać zakończenia, jednak samo lustro nie jest wystarczającym punktem wspólnym. Trzeba szukać troszkę dalej i głębiej. Całość  ładnie się układa, jak zgrabana układanka. Autor ze swojej strony robi wszystko, by wzbudzić zainteresowanie w czytelniku. Ze mną mu się udało.

Mistyczka z XVI wieku jest według mnie postacią nie do końca wiarygodną. Wyraża się jak osoba żyjąca wspólcześnie, podobnie jej przemyślenia, nie są bynajmiej XVI wieczne. No i biedna dziewczyna, która potrafi czytać i pisać oraz posiadająca w domu Biblię – rzadko spotykane, choć możliwe. Gdyby autor chciał pisać tę część językiem stylizowanym na średniowieczny, mogłoby to być zbyt sztuczne i nudne. Jednak sama historia tej bohaterki fascynuje. Trudno sobie wyobrazić siebie na jej miejscu. Pokora – tak najkrócej można scharakteryzować tę postać – dla obecnie żyjących coś niemal nie do przyjęcia.

Równie ciekawa jest Hanne. Kobieta, która ma niemal wszystko prócz dzieci. Bogaty, kochający i przystojny mąż nie stanie się receptą na szczęście. Hanne potrzebuje czegoś zupełnie innego – spełnienia w miłości, a tego nie może odnaleźć w tym związku. No i sprawa dziecka – tak bardzo jej się narzuca rolę matki, że sama wypiera to, ze nią nie chce zostać. I znowu nie będę zdradzać dlaczego.

Najmniej mnie zainteresowała współczesna bohaterka. Przynajmniej na początku. Potem jej historia zaczyna rozkwitać, potem wybucha w finale. Na pierwszy rzut oka historia aktorki wydaje się banalna – młoda dziewczyna, która genialnie gra, nie potrafi się odnaleźć w życiu realnym. Takich historii znamy sporo, może właśnie dlatego, że to znak naszych czasów.

Myślę, że warto przeczytać tę powieść, żeby zobaczyć jak Schmitt łączy ze sobą te trzy bohaterki. Jak już wspomniałam warstw wspólnych bedzie kilka – mimo dzielących te kobiety czasów, zainteresowań, czy przekonań. Warto trochę pomyśleć po przeczytaniu  książki i zastanowić się nad Anne, Anny i Hanne – a może też nad sobą?