Nadchodzi zima

Co zrobić, aby czytelnik wpadł po uszy w jakąś fabułę? Wystarczy stworzyć mu wspaniały, fantastyczny świat i rozwijać jego wyobraźnię. Tak dzieje się w powieści Gra o tron George R. R. Martina. Na ponad 700 stronach poznajemy ród Starków, Lannisterów i kilku innych. A to co otrzymujemy, to dopiero przedsmak tego, co będzie działo się dalej. Na początku nie wiemy jeszcze, kto jest głównym bohaterem. Autor dzieli książkę na  rozdziały, z których kolejny poświęcony jest jednej z postaci. Ta do której najbardziej się przywiązujemy, uznamy za najważniejszą, ginie – i to nie wcale na końcu powieści.

Teraz pytanie o to kto należy do drużyny białych, a kto do czarnych – czyli złych. W Grze o tron nie ma jasnych odpowiedzi. Bohaterowie, nawet ci najbardziej honorowi nie zawsze postepują, tak jak byśmy sobie tego życzyli. To nie jest czarno-biały świat rodem z powieści szabli i szpady.

Nie chcę streszczać fabuły, bo to doskonałe ciasteczko dla miłośnika słodyczy. W tym przypadku można się delektować czytaniem, aż się skończy tom. No i najważniejsze – mam świadomość, że za chwilę zacznę drugi. Starcie królów już czeka.

Zanim zaczęłam powieść jedno mnie od niej odrzucało. Okładka. Ktoś, kto miałby oceniać powieść po wyglądzie tego obrazka z pewnością nie zajrzałby do środka. Gdyby nie te niemal 800 stron, to możnaby pomysleć, że to jakaś harlequinowa saga. Nic bardziej mylnego. Jeśli wybiorę powieść z okładką serialową, to oczywiście zapłacę więcej. Na szczęście jest szary papier, albo czytnik e-booków.

A jeśli ktoś nie zechce przeczytać powieści? Jest do wyboru znakomity serial wyprodukowany przez HBO. Zachęcam do obejrzenia – zwłaszcza po lekturze Gry o tron. Czekam już na drugą serię. W tym czasie pochłonę kolejne tomy powieści z cyklu Pieśni lodu i ognia…