Wakacje mają się ku końcowi, niestety. Dzieci wprawdzie z radością odliczają dni, by pełni energii powrócić do przedszkola. Przygotowania idą pełną parą.
Mamusiu a psekłujemy usy – to dzieci nie będom mnie mogły poznać w pseckolu – mówi M. Pojechałysmy, usiadłyśmy na krzesełku u kosmetyczki – przy okazji dowiedziałam się, że moja pociecha potrafi czytać cicho i zna spólgłoski miękkie – no i na tym się miało skończyć. A tu proszę, wyszłam z gabinetu z dzieckiem bedącym dumnym posiadaczem kolczyków z perełkami – i to gdzie? W uszach… czy może na płatkach uszu…
W ręce wpadła mi książka. Troszkę ją wprawdzie musiałam zmusić, żeby mi wpadła. Na szczęście kurierzy docierają na każdą prowincję, za co im chwała. Tytuł intrygujący: Trucicielka. Autor jeszcze bardziej – E. E. Schmitt. Forma literacka – opowiadanie.
Kto czytał powieści czy dramaty tego autora, wie że zostanie zaskoczony. Zaczynam czytać i już wiem, że to jest właśnie to. Coś o czym będę myślała, co mi nie da spokoju przez dłuższy czas. Wcale nie chodzi o to, żeby szukać każdej wolnej chwili, by przeczytać tę książkę, tylko o to że dzieła tego autora zostawiają taką małą zadrę, która długo po przeczytaniu daje o sobie znać.
Trucicielka to kolejny majstersztyk Schmitta. Książka składa się z kilku opowiadań pozornie nie wiążących się ze sobą. Fabuła każdego z nich prowokuje do przemyśleń. Lepiej nie czytać streszczeń, bo zakończenie potrafi być zaskakujące. Fakt, że Schmitt został za nią wyróżniony w 2010r. nagrodą Le Prix Goncourt de la Nouvelle mówi sam za siebie.