Piąta i ostatnia część przygód ulubionego bohatera moich dzieci. Książka „Tsatsiki i Retzina” Moni Nilsson została pochłonięta przez nas w kilka chwil. Choć miał premierę w sierpniu ubiegłego roku, to jedenaście miesięcy zajęło nam poznanie całej serii. Gdybyśmy mieli wszystkie części od samego początku, pewnie szybciej byśmy się musieli rozstać z tym niezwykle sympatycznym bohaterem.
Tsatsiki jako uczeń czwartej klasy nieco już się znudził całowaniem z dziewczynami. W końcu zaczął drugi semestr, więc czuje się niemal dorosły. Tylko nie wtedy, kiedy mama nie może się z nim bawić klockami, bo akurat opiekuje się jego malutką siostrzyczką Retziną. Tytułowy bohater przeżywa fakt, że jest odstawiony na boczny tor. Z jednej strony czuje się za duży, z innej za mały.
Powoli jednak zaczynają do niego docierać problemy ze świata dorosłych. Weźmie udział w kradzieży i poniesie ich konsekwencje. Jednak jako chłopiec o dobrym sercu nie będzie mógł znieść wyrzutów sumienia, które będą go nękały z powodu drobnych grabieży dokonywanych przez jego kolegów, w których on też uczestniczy (biernie). Nie pomoże nawet dorabianie do tego ideologii, że jest jak Janosik (no tak, inna kultura: Robin Hood).
Mądra Mamuśka znajdzie rozwiązanie na wszystko. Potrafi przygarnąć Mortena, syna bezdomnego alkoholika. Tu jednak sprawy się skomplikują. Morten Zasikany Szczur nie jest miły dla Tsatsikiego, więc czwartoklasista marzy o tym, by się pozbyć go z domu. Mimo wszystko, kiedy to już się stanie, okaże się, że między chłopcami nawiązała się braterska więź.
Moni Nilsson w serii o Tsatsikim pokazuje dzieciom inny model rodziny, niż tradycyjny. Chłopiec jest wychowywany przez mamę i jej męża, ale ma świetny kontakt z rodzonym ojcem i jego partnerką Tu wszyscy się szanują, nie ma poważnych konfliktów między dorosłymi bohaterami (choć kłótnie oczywiście się zdarzają). Dzieci dzięki tej książce poznają patchworkowy model rodziny.
W „Tsasikim i Retzinie” poruszono wiele istotnych tematów, o których jeszcze nie wspomniałam. Będzie tu mowa o samotności, przyjaźni, zazdrości, potrzebie akceptacji. Tak jak w poprzednich częściach sporo w niej humoru, ale takiego podszytego mądrością. Choć Tsatsiki będzie się zmagał z kłopotami, zawsze uda mu się je rozwiązać, dzięki niezwykłej Mamuśce. Ona swą bezwarunkową miłością sprawia, że chłopiec zawsze będzie mógł na niej polegać. Oczywiście, kiedy spróbuje najpierw sam rozwiązać problem, wtedy kłopoty są murowane.
Książki Moni Nilsson pokazują, że dzieci swoje troski zawsze traktują poważnie. Autorka tak samo podchodzi do młodych czytelników. W powieściach nie znajdziemy nachalnej dydaktyki. Dopiero dorośli zobaczą, że Nilsson właśnie im za wzór stawia Mamuśkę, która wspiera syna i pokazuje mu jak postępować. „Tsatsiki Retzina” to jedna z takich pozycji, które zachęcają dzieci do dyskusji. Np. wtedy, kiedy Tsatsiki dowiaduje się od Mortena, że jego przyjście na świat było „wpadką”, albo kiedy okaże się, że stringi to nie jest najlepszy prezent urodzinowy dla dziesięciolatki. U Moni Nilsson nie ma tematów tabu, ale to dobrze, bo pewne tematy rodzic może przedyskutować z dzieckiem zanim się ono o nich dowie od rówieśników. Myślę, że książka jest świetnie napisana. Autorka stosuje prosty język, ale dzięki temu rozumie ją nawet sześciolatek, który potrafi wymienić chyba wszystkich bohaterów tej książki. Teraz będę musiała poszukać jakichś kursów karate w okolicy – wszystko przez Tsatsikiego…