Moni Nilsson jest autorką książek o Tsatsikim. Bardzo dobrze poznaliśmy tego bohatera, więc postanowiliśmy sprawdzić inną serię pt. „Przygody w raju”. Ten cykl skierowany jest do czytelników rozpoczynających naukę czytania, ponieważ ma duże litery, niewiele tekstu, ale sporo ilustracji. Jednak jak to bywa u tej szwedzkiej pisarki, starsi też znajdą w tych historiach coś dla siebie. Czytaj dalej
Archiwa tagu: Moni Nilsson
„Tsatsiki i Per” – Moni Nilsson
Najnowsza książka Moni Nilsson bardzo nas zaskoczyła i ucieszyła jednocześnie. Spodziewaliśmy się, że „Tsatsiki i Retzina” to ostatnia część z serii o chłopcu posiadającym niezwykłe imię, ale pisarka zdecydowała się napisać kolejny tom. Do tej pory przygody tytułowego bohatera zyskały uznanie również w Polsce, a w Szwecji nakręcono na ich podstawie trzy filmy. Sama autorka została w 2010 r. uhonorowana nagrodą im. Astrid Lindgren. Jej twórczość uznano za unikatową, pełną ciekawych postaci, humoru i wrażliwości, a także podejmującą poważne tematy. Książki Moni Nilsson mają charakter uniwersalny i choć pierwsza część została napisana w 1995 roku, to nie straciła ani trochę na aktualności. Czytaj dalej
„Tsatsiki i Retzina” – Moni Nilsson
Piąta i ostatnia część przygód ulubionego bohatera moich dzieci. Książka „Tsatsiki i Retzina” Moni Nilsson została pochłonięta przez nas w kilka chwil. Choć miał premierę w sierpniu ubiegłego roku, to jedenaście miesięcy zajęło nam poznanie całej serii. Gdybyśmy mieli wszystkie części od samego początku, pewnie szybciej byśmy się musieli rozstać z tym niezwykle sympatycznym bohaterem.
Tsatsiki jako uczeń czwartej klasy nieco już się znudził całowaniem z dziewczynami. W końcu zaczął drugi semestr, więc czuje się niemal dorosły. Tylko nie wtedy, kiedy mama nie może się z nim bawić klockami, bo akurat opiekuje się jego malutką siostrzyczką Retziną. Tytułowy bohater przeżywa fakt, że jest odstawiony na boczny tor. Z jednej strony czuje się za duży, z innej za mały.
Powoli jednak zaczynają do niego docierać problemy ze świata dorosłych. Weźmie udział w kradzieży i poniesie ich konsekwencje. Jednak jako chłopiec o dobrym sercu nie będzie mógł znieść wyrzutów sumienia, które będą go nękały z powodu drobnych grabieży dokonywanych przez jego kolegów, w których on też uczestniczy (biernie). Nie pomoże nawet dorabianie do tego ideologii, że jest jak Janosik (no tak, inna kultura: Robin Hood).
Mądra Mamuśka znajdzie rozwiązanie na wszystko. Potrafi przygarnąć Mortena, syna bezdomnego alkoholika. Tu jednak sprawy się skomplikują. Morten Zasikany Szczur nie jest miły dla Tsatsikiego, więc czwartoklasista marzy o tym, by się pozbyć go z domu. Mimo wszystko, kiedy to już się stanie, okaże się, że między chłopcami nawiązała się braterska więź.
Moni Nilsson w serii o Tsatsikim pokazuje dzieciom inny model rodziny, niż tradycyjny. Chłopiec jest wychowywany przez mamę i jej męża, ale ma świetny kontakt z rodzonym ojcem i jego partnerką Tu wszyscy się szanują, nie ma poważnych konfliktów między dorosłymi bohaterami (choć kłótnie oczywiście się zdarzają). Dzieci dzięki tej książce poznają patchworkowy model rodziny.
W „Tsasikim i Retzinie” poruszono wiele istotnych tematów, o których jeszcze nie wspomniałam. Będzie tu mowa o samotności, przyjaźni, zazdrości, potrzebie akceptacji. Tak jak w poprzednich częściach sporo w niej humoru, ale takiego podszytego mądrością. Choć Tsatsiki będzie się zmagał z kłopotami, zawsze uda mu się je rozwiązać, dzięki niezwykłej Mamuśce. Ona swą bezwarunkową miłością sprawia, że chłopiec zawsze będzie mógł na niej polegać. Oczywiście, kiedy spróbuje najpierw sam rozwiązać problem, wtedy kłopoty są murowane.
Książki Moni Nilsson pokazują, że dzieci swoje troski zawsze traktują poważnie. Autorka tak samo podchodzi do młodych czytelników. W powieściach nie znajdziemy nachalnej dydaktyki. Dopiero dorośli zobaczą, że Nilsson właśnie im za wzór stawia Mamuśkę, która wspiera syna i pokazuje mu jak postępować. „Tsatsiki Retzina” to jedna z takich pozycji, które zachęcają dzieci do dyskusji. Np. wtedy, kiedy Tsatsiki dowiaduje się od Mortena, że jego przyjście na świat było „wpadką”, albo kiedy okaże się, że stringi to nie jest najlepszy prezent urodzinowy dla dziesięciolatki. U Moni Nilsson nie ma tematów tabu, ale to dobrze, bo pewne tematy rodzic może przedyskutować z dzieckiem zanim się ono o nich dowie od rówieśników. Myślę, że książka jest świetnie napisana. Autorka stosuje prosty język, ale dzięki temu rozumie ją nawet sześciolatek, który potrafi wymienić chyba wszystkich bohaterów tej książki. Teraz będę musiała poszukać jakichś kursów karate w okolicy – wszystko przez Tsatsikiego…
„Tsatsiki i miłość” – Moni Nilsson
Dzieci od dawna domagały się kolejnej części książki Moni Nilsson. Zając spełnił ich prośby, dlatego mogliśmy sięgnąć po czwartą część – „Tsatsiki i miłość”. Został nam już tylko jeden tom przygód tego sympatycznego bohatera literackiego, a chciałoby się więcej…
Tym razem Tsatsiki wyjeżdża do Grecji, by pożegnać się z umierającym dziadkiem. W Agios Ammos prócz dorosłych, jest też ulubiona kuzynka chłopca – Elena. Ona właśnie sprawi, że ten smutny czas stanie się bardziej znośny dla Tsatsikiego. Chłopiec poznaje co to śmierć i żałoba. Dostrzega też pewne różnice kulturowe, gdyż w Grecji ludzie zachowują się nieco inaczej niż w Szwecji. Po tym, że ktoś zmarł można się dowiedzieć dzięki temu, że przed drzwiami wejściowymi stoi wieko od trumny. Natomiast pogrzeb odbywa się już następnego dnia. Żałobnicy nie kryją uczuć, a podczas ceremonii pojawiają się płaczki.
Mimo tych smutnych chwil, Tsatsiki przeżywa również mnóstwo szalonych przygód. Czasami ma wyrzuty sumienia, że tak świetnie się bawi, ponieważ powinien czuć się cały czas smutny. Ale Elena ma tak niesamowite pomysły, że przez chwilę chłopiec zapomina o żałobie.
Po wakacjach Tsatsiki rozpoczyna czwartą klasę. Teraz już ma nieco inne problemy niż wcześniej. No właśnie – miłość. Per Hammar nigdy się nie całował, więc Tsatsiki chce mu w tym pomóc. Jako, że chłopcy są już starsi, czas na prawdziwe pocałunki. Rozterek miłosnych również nie zabraknie. Tym razem bohater rozsmakuje się w pisaniu listów. Moni Nilsson opowiadała podczas Literackiego Sopotu, że miała problem z tym, jak je sformułować. Poprosiła więc syna, by jej pokazał taki list miłosny. Tylko, że chłopiec za nic się nie chciał zgodzić. Pomogło dopiero przekupstwo. Okazało się, że styl pisania dziesięciolatek mocno odbiegał od tego, co wymyśliła Moni Nilsson.
Jak widać autorka zadbała o to, by być autentyczną. Właśnie na tym polega urok serii o Tsatsikim. Bohater chodzi do czwartej klasy, więc jego problemy i rozterki są odpowiednie dla osoby w tym wieku. Chłopiec przestaje powoli być niewiniątkiem, ale wciąż nie traci swego wyjątkowego uroku.
Książka „Tsatsiki i miłość” zaczyna się od umierania. Bohater musi pogodzić się z istnieniem śmierci. Moni Nilsson pisze bez owijania w bawełnę, nie stosuje tabu. Dzięki temu dzieciom łatwiej jest pogodzić się z tym faktem. Na koniec powieści na świat przychodzi siostrzyczka Tsatsikiego – Retzina. Pojawia się nowe życie, zapełniając pustkę po dziadku Dimitrisie.
Moni Nilsson choć często pisze o poważnych sprawach, zapewnia jednak odbiorcom sporą dawkę dobrego humoru. Czytając tę książkę czujemy, że mamy do czynienia z prawdziwymi problemami czwartoklasistów. A autorka niczego nie zamiata pod dywan, żeby ukryć to, co niewygodne. Nawet jeśli nam trudno się pogodzić z szalonymi pomysłami dziesięciolatków, to przecież wiemy, że życie potrafi pisać różne scenariusze.
Dzieciaki słuchały historii Tsatsikiego z zapartym tchem. Kiedy pojawiły się trudne tematy, to wystarczyło chwilę z nimi porozmawiać. Przygody chłopca ze Szwecji są dla nas niesamowitą przygodą. Oprócz tego, że książka ma wartką akcję, świetnie się ją czyta, to bawi i pozwala lepiej zrozumieć świat. Jednego czego się obawiam to tego, co będziemy czytali po ostatniej części – „Tsatsiki i Retzina”?
„Tylko Tsatsiki” – Moni Nilsson
Po „Tsatsikim i Mamuśce”, „Tsatsikim i Tacie Poławiaczu Ośmiornic” czas na trzeci tom z serii. Moni Nilsson i tym razem potrafiła zainteresować moje pociechy przygodami chłopca, które opisała w książce „Tylko Tsatsiki”.
Tytułowy bohater chodzi już do trzeciej klasy. Przeżywa takie same problemy, z jakimi zmagają się współczesne dzieci na całym świecie. Oczywiście wszystkie historie wywołują uśmiech na twarzy dzieciaków, a jednocześnie pokazują, że można postępować zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, nie oglądając się na komentarze innych.
Tsatsiki trochę obawia się krytyki ze strony rówieśników, gdyż w przeciwieństwie do większości kolegów nie lubi piłki nożnej. Postanawia więc zapisać się na tańce. Tyle, że teraz rodzi się pytanie, czy jest gejem? Jeden z jego kolegów uznał, że wszyscy tańczący chłopcy nimi są, więc teraz Tsatsiki ma dylemat. Na szczęście Mamuśka trzyma rękę na pulsie i wszystko wyjaśni swojemu synowi we właściwy sposób, czyli traktując syna poważnie, bez krytycznych komentarzy.
Moni Nilsson nie boi się trudnych i skomplikowanych sytuacji. Tstasiki ma dwóch ojców (jednego biologicznego oraz męża mamy) i jest mu z tym dobrze. Rodzice wychowują go tak, by nie bał się postępować właściwie, sami też dają przykład, jak żyć w zgodzie z własnymi przekonaniami. Dlatego Tsatsiki broni słabszych, a nawet będzie walczył z rasistami.
Chłopiec będzie miał mnóstwo przygód w szkole. Ta najbardziej mrożąca krew w żyłach (przynajmniej z punktu widzenia matki) będzie związana z wszami. Tsatsiki również i tym razem się zakocha, przeżyje pierwszą dyskotekę, kolejne pocałunki. Jednak nie zabraknie też poważnych spraw. Dziadek z Grecji zaprosi wnuka do siebie, kiedy zachoruje na raka. Chłopiec będzie musiał w związku z tym przyspieszyć swoje wakacje, by zdążyć się z nim pożegnać.
Szwedzka pisarka pokazała, że nawet w książkach dla dzieci można walczyć ze stereotypami. Tsatsiki bawi, wywołuje lawiny śmiechu, ale jednocześnie pokazuje jak opowiadać się za słuszną sprawą, nawet jeśli wiąże się to z niewygodnymi konsekwencjami. Dzięki powieści Moni Nilsson można się świetnie bawić, a jednocześnie autorka traktuje swojego bohatera poważnie, daje mu szansę na przeżywanie wielu problemów i rozterek.
Książka „Tylko Tsatsiki” podejmuje wiele aktualnych tematów, z którymi zetkną się wszyscy rodzice. Moni Nilsson pokazuje, jak rozmawiać z dzieckiem – dlatego historia tytułowego bohatera jest niezwykle cenna dla dorosłych. Z kolei młodzi czytelnicy mogą się świetnie bawić przeżywając przygody młodego bohatera, utożsamiać się z nim, a jednocześnie poznawać świat i uczyć, jak być tolerancyjnym. Moje pociechy były bardzo zainteresowane przygodami chłopca, a wartka akcja tak je wciągnęła , że ciągle im było mało. Czwarty tom już czeka…
Podsumowania nie będzie…
Przeczytałam w tym roku sporo książek. A i tak chciałabym więcej. Jednocześnie zastanawiam się nad tym, czy udało mi się przekonać kogoś do sięgnięcia po jakiś tytuł? Właściwie po to prowadzę te zapiski. Nie jestem wyrocznią, ani guru książkowym, ot czytam i przekazuję swoje wrażenia właśnie tu. Zwyczajnie w świecie nie wyobrażam sobie życia bez książek. Nawet jeśli spróbuję, wychodzi z tego jakiś koszmar w stylu Stephena Kinga. O nie, jest jeden bardziej przerażający pisarz: Ray Bradbury, autor „451 stopni Fahrenheita”, który jeszcze bardziej straszy niż autor „Lśnienia” – przynajmniej mnie.
Zdarza mi się chodzić do kina. Nawet lubię taką formę rozrywki, ale wytrzymałabym bez filmów. W tym roku obejrzałam ich sporo. Fakt, większość była dla dzieci.Telewizji nie mamy od kilku lat. Dzieciaki czasami chodzą do dziadków i tam obejrzą jakąś bajkę. Ostatnio przyszły strasznie pobudzone. Córka stwierdziła: „Wiesz mama, że u babci oglądaliśmy REKLAMY!” A ja się cieszę, ponieważ w okresie przedświątecznym nie muszę słuchać – „O właśnie taką lalkę, chcę”. Co blok reklamowy inną. Oczywiście, dzieci w szkole i przedszkolu poznają doskonale wszystkie trendy, więc nie są pokrzywdzone. Konsumpcjonizm szerzy się nawet wśród ośmiolatków.
Lubię, kiedy zamiast rozmów o tym, co można by kupić, pogadamy sobie choćby o Moni Nilsson. To taka nasza znajoma, razem z Lottą Geffenblad… Bo właśnie tak dzieciaki traktują swoich ulubionych pisarzy – jak dobrych przyjaciół. Najfajniejsze, że sprawia im to niebywałą frajdę. Kiedy byliśmy latem w Sopocie, maluchy wolały spotkania z autorami – same nas tam ciągnęły. A z zabawy na plaży się wymigały, choć zwykle strasznie domagają się morskich kąpieli.
Kolejną formą kultury, która mi się marzy, jest teatr. Może uda mi się w 2014 roku? Z kinem jest łatwiej, nie ma kolejek i latem też są projekcje. Za to pojechaliśmy z dziećmi do teatru. Jako, że najbardziej lubimy książki, wybraliśmy sztukę opartą na znanej nam historii. Jednego nie przewidzieliśmy. Że syn się będzie buntował, gdyż w książce wydarzenie było przedstawione nieco inaczej. Wyłapał wszystkie różnice oraz domagał się trzeciej części przedstawienia – bo w książeczce było znacznie więcej wątków…
A zatem plany na cały nadchodzący rok: czytać, to co się lubi. I mieć szczęście do dobrych lektur. Tego życzę sobie i Wam.