„Ten się śmieje, kto ma zęby” – Zyta Rudzka

Ten się śmieje kto ma zęby, Zyta RuCzytelnicy, którzy mieli okazję poznać książki Zyty Rudzkiej, czekają niecierpliwie na każdy kolejny tytuł jej autorstwa, a także na głos, jaki będzie towarzyszył nam podczas lektury. Najnowsza powieść pisarki nie zawiedzie tych oczekiwań. Oczywiście na początku niespodzianką jest, komu pisarka odda narrację. W „Ten się śmieje, kto ma zęby” monolog prowadzi Wera. Kobieta, która była do niedawna właścicielką zakładu fryzjerskiego dla mężczyzn opowie nam swoją historię. Zrobi to na własnych zasadach, a czytelnicy natychmiast wsłuchają się w ten głos i szybko w nim zatracą.

Głowna bohaterka właśnie straciła męża, byłego dżokeja. Człowieka, który po swojej śmierci sprawił Werze kłopot. Już pierwsze zdanie wiele nam powie: „Trudno o dobre buty dla nieboszczyka”. Moment utraty staje się pretekstem do snucia opowieści, ale przede wszystkim działania. Wera ruszy w poszukiwaniu odpowiedniego obuwia na ostatnią drogę dla Dżokeja. Mężczyzna jej życia lubił dobre buty, ale po śmierci jego stopy zmieniają się na tyle, że trzeba szukać odpowiednich trumniaków.

Przy okazji tych poszukiwań dowiadujemy się, jaką Wera miała przeszłość. Ważna jest też teraźniejszość. Główna bohaterka odbywa podróż do dawnych kochanków i kochanek. Odkrywa swój świat wędrując z psem Waciakiem do ludzi, z którymi połączył ją los. Czy to będzie gorseciarz Dawid, kiedyś twórca najlepszych staników w mieście, czy nieżyjąca już Zośka. Opowiada o namiętnościach, zmysłowości, w historii obecna jest erotyka, a to przecież coś, o czym nie mówią panie po menopauzie. Zwykle są niewidzialne, a tymczasem Wera zaprzecza temu stereotypowi całą sobą.

Monolog, jaki prowadzi główna bohaterka, wprowadza czytelnika w coś w rodzaju transu. Natomiast język Wery nie należy do tych, który chcielibyśmy usłyszeć na co dzień. Gdyby bohaterka była naszą sąsiadką, na pewno miałaby jakąś kąśliwą uwagę na nasz temat. Nie omieszkałaby wyrazić jej na głos. Łatwo się domyślić, że życie nie oszczędzało fryzjerki. Bieda i próby wydostania się z niej, zmuszały ją do działania. Nie ma szans na roztkliwianie się nad sobą. Trzeba być silną jednostką, by poradzić sobie w tym świecie. Jednak po latach względnego dobrobytu, los się znowu odwraca przeciwko Werze. Traci zakład fryzjerski, teraz prowadzi go barber Miłosz, umiera Dżoker. Kobieta zostaje z pucharami, psem i starym zegarkiem. Wszystko próbuje spieniężyć, by jakoś przetrwać. Czy grozi jej bezdomność?

Żywotność Wery zaskakuje. Bohaterka nie roztkliwia się nad sobą, nie dzieli włosa na czworo, a działa. Odkrywa jednocześnie bez jakiejkolwiek pruderii swoją przeszłość. Mówi językiem ulicy, choć tak naprawdę swoim własnym, niepowtarzalnym i niepodrabialnym. Jej słowa płyną szerokim potokiem, który porywa czytelników. Wpadamy w ten niebezpieczny nurt, ale nie chcemy z niego wychodzić. Zyta Rudzka pisze w ten sposób, że wsłuchujemy się w rytm frazy, w ten specyficzny głos, a nie tylko w historię opowiadaną przez główną postać. Natomiast słowa Wery ukazują jej niezwykłą siłę. Język ma moc przeciwstawiania się temu, z czym bohaterka musi walczyć. Poznajemy kobietę, która łatwo się nie podda.

Należę do osób, które nie przepadają za wulgarnością. Jednak życie właśnie takie czasami bywa. Rzeczywistość nie jest lukrem z obrazków widzianych w mediach społecznościowych. Wera nie musi się tym przejmować. Jej taki świat nie interesuje. Stąpa twardo po ziemi i nie daje sobie niczego narzucić. Również jeśli chodzi o cielesność. Wera kocha kogo chce i jak chce. Jednocześnie mówiąc do nas nie kusi, nie uwodzi, tylko wyraża siebie bez owijania w bawełnę. W ten sposób poznajemy kogoś wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju, kogo można spotkać tylko w prozie Zyty Rudzkiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *