Świetnie przyjęty przez publikę serial „Unorthodox” wyprodukowany przez Netflixa, powstał dzięki książce pod tym samym tytułem. Deborah Feldman opisała w nim zamknięte środowisko, znane tylko nielicznym. Już podtytuł książki „Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów” podpowiada, że mamy do czynienia z historią opartą na osobistych doświadczeniach. Zanim jednak sięgnę po obraz, najpierw postanowiłam przyjrzeć się książce.
Świat chasydów kojarzy mi się z książkami Icyka Mangera, Isaaca Bashevisa Singera, a także innymi twórcami piszącymi w języku jidisz. Historie te ukazują świat, którego nie ma, choć okazuje się, że nie do końca zniknął, ale z pewnością zmienił miejsce. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że Deborah, bohaterka i narratorka tej książki nie może legalnie czytać powieści tworzonych w jej języku. Społeczność, w której żyje, na to jej nie pozwala.
Dziewczyna mieszka wśród chasydów, we wspólnocie Satmar. Opowieść nie cofa nas w czasie o jeden wiek. Wydarzenia mają miejsce współcześnie w samym centrum świata. Trudno o bardziej tętniące życiem miasto, niż Nowy Jork (nie licząc kryzysu związanego z koronawirusem). W dzielnicy Williamsburg mieszkają zwolennicy poglądów rabina Joela Teitelbauma, który głosił, że Holocaust był efektem boskiego gniewu za odstępstwo Żydów od Tory. Dlatego ta wspólnota bardzo radykalnie przestrzega zasad pisma, do tego stopnia, że nie uznają nawet Izraela jako państwa.
W takiej ultraortodoksyjnej społeczności mieszka Deborah. Widzimy ją jako dziecko w relacji z najbliższymi. Tyle że nie z matką i ojcem, a babcią i dziadkiem. Rodzice jej nie wychowują, choć żyją. Ojciec sobie nie radzi z wychowaniem, sam potrzebuje opieki. Mężczyzna nigdy nie został zdiagnozowany, ale sprawia wrażenie upośledzonego. Nic dziwnego, że jego żona po zaaranżowanym małżeństwie, zdecydowała się odejść. Oznaczało to jednak pozostawienie córki z ojcem, a w praktyce z dziadkami.
Już jako dziecko, Deborah okazuje się osobą pragnącą wolności. Trudno jej się podporządkować wszystkim zasadom, gdyż są one tak surowe, że odbierają zupełnie jej własne „ja”. Ważniejsze niż własny rozwój, okazuje się ścisłe podporządkowanie zawiłym regułom. Wiele z nich szokuje: zakaz czytania książek, mówienia po angielsku, korzystania z rozrywek takich jak kino. W zamian dziewczynka otrzymuje niewiele, choć początkowo bardzo pragnie akceptacji ze strony dorosłych. Z czasem zaczyna dostrzegać obłudę osób, które wymuszają na niej bezdyskusyjne posłuszeństwo.
Dorastająca dziewczyna nie może się kształcić, nie ma mowy o studiach. Sama po ukończeniu szkoły otrzymuje pozwolenie, by zostać nauczycielką dziewcząt w swojej wspólnocie, ale nie ma mowy o poszerzaniu własnych horyzontów. A to nie koniec kłopotów, ponieważ czeka ją zaaranżowane małżeństwo. Jak być żoną, jeśli nie zna się własnego ciała? Intymne problemy w takim związku stają się publiczne, bo przecież zawsze kobieta jest winna (a nie brak edukacji w tym zakresie). Z kolei mąż okazuje się osobą słabą i zależną od rodziców. Nie wspiera Deb, za to wymaga działania zgodnie z wytycznymi wspólnoty. W młodej kobiecie narasta bunt i rodzi się chęć ucieczki – w końcu chodzi już nie tylko o nią samą, a również o jej syna.
Dzięki książce „Unorthodox” przenosimy się do zamkniętego świata kierującego się ściśle wytyczonymi zasadami. Nie ma tu miejsca na wolność jednostki, liczy się podporządkowanie grupie. Taka osoba w zamian otrzymuje poczucie bezpieczeństwa i przynależności. Deborah Feldman odkrywa hipokryzję ludzi, którzy uważają się za autorytety moralne, a tak naprawdę są jedynie fanatykami religijnymi. Choć sami wymagają bezwzględnego posłuszeństwa, widzimy ich obłudę. Coś, co wydaje się nieistotnym szczegółem, urasta do rangi problemu moralnego (np. używanie innych desek do krojenia mięsa i nabiału, albo długość włosów mężatki), natomiast nadużycia seksualne i pedofilia są ukrywane i tłumaczone w pokrętny sposób, z którego wynika, że ofiara sama była sobie winna. Deborah Feldman świetnie portretuje tę społeczność, i fascynująco ukazuje zasady panujące wśród satmarskich chasydów. Podczas lektury książki cały czas z zapartym tchem śledzimy walkę bohaterki o wolność i niezależność. Doceniamy, jak dobrze być sobą.
Wg mnie każda skrajność czy ekstremizm są niebezpieczne, bowiem z reguły są b. opresyjne i tłamszą wolę jednostki, która musi podporządkować się regułom ustalonym przez wąską, uprzywilejowaną kastę. Dlatego tym większy szacunek dla tych, którzy odważyli się wyrwać z tego typu zamkniętych społeczności.
W tej książce bardzo dobrze to widać, jak to działa. Trafiłam również na ciekawy serial, pt. „Shtisel”, w którym również zostali przedstawieni chasydzi, ale tym razem izraelscy.