Książki Magdaleny Grzebałkowskiej nie pozostają na rynku wydawniczym bez echa. Biografia „Beksińscy. Portret podwójny” cieszyła się sporym powodzeniem, podobnie wcześniejszy „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego”. Tym razem autorka portretuje nie konkretną osobę, a rok. Taki, który kojarzy się z końcem wojny. Jaki był? Wydawać by się mogło, że ludzie już żyli nadzieją. Czy rzeczywiście był to czas radości?
Siedemdziesiąt lat temu skończyła się druga wojna światowa. Jednak wbrew temu, co się dziś powszechnie uważa, nie był to czas szczęścia, a wielkiego strachu, niepewności, obaw. Ludzie, którym udało się przetrwać, teraz nie wiedzą, co się z nimi stanie, czy będą mieszkać w granicach Polski. Przecież jeszcze nie wiadomo, jak dokładnie przebiegać będą granice. A to dopiero początek pytań…
Magdalena Grzebałkowska zanim napisała książkę, poszukiwała świadków, którzy pamiętali 1945 rok. Jak sama mówi, powstała historia widziana właściwie oczyma dzieci. Ci którzy żyją, wtedy mieli po kilka, kilkanaście lat. Jak rozumieli ten czas? Co z niego zapamiętali i jakich zdarzeń byli obserwatorami? Najstarszy żyjący świadek ma 104 lata, ale to oczywiście wyjątek.
Wyobraźmy sobie trzydziestostopniowy mróz. Ludzi, którzy idą po Zalewie Wiślanym. Magdalena Grzebałkowska pisze, że tak naprawdę nigdy nie będziemy w stanie tego pojąć, właściwie nawet nie mamy do tego prawa. Mimo tego, że te czasy są nam tak obce, jednak warto próbować czegoś się dowiedzieć na ich temat. Okazuje się, że rok końca wojny trudno było przetrwać, choć przecież każdego cieszył fakt, że nadszedł kres działań wojennych. Jedna z bohaterek mówi, że „szczęście w 1945 miał ten, kto przeżył tamten rok”.
Autorka podzieliła książkę na dwanaście miesięcy. Każdy z nich rozpoczyna się od ogłoszeń przedrukowanych z gazet, które pokazują, że życie odradza się z popiołow. Oprócz tego otrzymujemy jedenaście reportaży. Ich tematyka jest różna. Dowiemy się jak wyglądał szaber, poznamy los przesiedleńców niemieckich i polskich. Widzimy Warszawę, która właściwie jest jednym wielkim gruzowiskiem oraz cmentarzem. W mieście panuje trudny do wytrzymania odór – zapach pochodzi z rozkładających ciał. Autorka przygląda się sierotom żydowskim, mieszkającym w Otwocku. Czytamy reportaż o Wrocławiu – miastu, które nagle stało się polskie, czy katastrofie „Gustloffa”.
Reportaże są różnorodne tematycznie. Mają jednak jeden wspólny mianownik. Opowiadają o życiu codziennym zwykłych ludzi. Nie będziemy śledzili wielkiej historii, nie poznamy ważnych polityków. Magdalena Grzebałkowska wysłuchuje historii ostatnich żyjących świadków tamtych czasów, wysłuchuje ich uważnie i próbuje osadzić w szerszym kontekście. Tak, byśmy choć trochę zrozumieli. Autorka ukazuje też uczucia tych ludzi. Nie ocenia ich, a pokazuje, czym się kierowali. Opisując historię Czesława Gęborskiego, który stał się komendantem Obozu Pracy w Łambinowicach i zbyt sumiennie wykonywał obowiązki w stosunku do Niemców, przedstawia też jego perspektywę. Przytacza słowa Gęborskiego: „Miałem tylko jeden cel, a mianowicie zemstę na Niemcach „. Jednocześnie autorka pokazuje, że dla tego człowieka (jak i wielu innych Polaków) było wręcz oczywiste, że należy odpłacać pięknym za nadobne – nawet na ludziach, którzy nie mieli nic wspólnego ze zbrodniami nazistów. Ich winą była sama narodowość niemiecka.
Magdalena Grzebałkowska traktuje rok 1945 z wielką pokorą. Nie uważa się za eksperta, a pełni rolę kronikarza. Zapisuje jedenaście świadectw, by ocalić je przed zapomnieniem. Po lekturze reportaży okazuje się, że tak naprawdę niewiele wiemy o tym czasie. Może znamy wydarzenia historyczne, ale dopiero lektura książki wyjaśnia, co czuli ludzie. Zauważamy swoisty dualizm. Z jednej strony radość po zakończeniu wojny, a z drugiej strony lęk przed tym, co przyniesie najbliższa przyszłość. Najważniejsza okazuje się teraźniejszość. Trzeba nadal walczyć, by przetrwać ten niezwykle trudny okres. Autorka pisze tak, że cofamy się w czasie – dzięki świetnym opisom, niemal czujemy na własnym ciele ten trzydziestostopniowy mróz, który panował w styczniu 1945 roku. Natomiast po lekturze tych jedenastu historii nasuwa się jedna myśl – ile takich opowieści odeszło w zapomnienie? Dobrze, że te zostały zapisane, ponieważ uzmysławiają nam, jak niewiele rozumiemy z tamtego czasu.
Pani Dominiko, książka równie dobra jak 'Beksińscy…” ?
Zdecydowanie tak. Napisana w podobnym stylu, tyle że oczywiście trzeba choć trochę lubić historię. Z drugiej może właśnie dzięki takim książkom, czytelnik zacznie sięgać po reportaże odwołujące się do czasów minionych. 🙂
Lubię takie publikacje, koncentrujące się na życiu zwykłych ludzi, którym przyszło egzystować w cieniu wielkiej Historii. Okres tuż po wojnie to również niesłychanie interesująca sprawa – działania wojenne niby już ustały, ale wszędzie wokół wciąż czyha niebezpieczeństwo, życie ludzkie wciąż nie ma zbyt wielkiej wartości, cały kraj dopiero podnosi się z upadku.
Właśnie coś takiego można znaleźć u Grzebałkowskiej. 🙂
Pingback: „1956. Przebudzeni” – Piotr Bojarski | Czytam, bo chcę i już