Nie czytałam książek kryminalnych Ireny Małysy z Baśką Zajdą w roli głównej, a to właśnie za sprawą tego cyklu pisarka stała się popularna. Najnowsza powieść tej autorki jest jednak niezależna. „Mosty na Wiśle” zabierają czytelników w przeszłość, na dodatek dwutorowo: do czasów II wojny światowej i w lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Irena Małysa opisuje Kraków podzielony mostami. Zobaczymy, czy będą one łączyły ludzi, czy raczej ich dzieliły.
W przeszłości oddalonej od nas o nieco ponad trzydzieści lat, trwa transformacja. Milicja stała się policją, ale zmaga się z różnego rodzaju problemami. Podobnie dzieje się z Walentym Cichockim. Mężczyzna prowadzi śledztwo w sprawie morderstw, jakich ktoś dokonuje na Niemcach, a jednocześnie sam mierzy się z różnego rodzaju fobiami. Czasami sprawia wrażenie, że nie przetrwa kolejnego dnia pracy w takich warunkach, z jakimi ma do czynienia, ale paradoksalnie jest świetny w tym co robi. Jego skrupulatność i dokładność doskonale sprawdzają się w pracy.
Akcja wcześniejszych zdarzeń pozwala nam poznać Kraków niemal w przededniu II wojny światowej. Dwie przyjaciółki: Hania i Estera podkochują się w Bronku. Młody mężczyzna jest przystojnym piłkarzem, podoba się dziewczynom. Zaraz jednak wybucha wojna i kończy się normalność. Miasto pod okupacją niemiecką nie jest taki samo, jak wcześniej. Hania odczuwa to bardzo silnie, ale najgorzej mają Żydzi. To ich hitlerowcy umieszczą w getcie, by później wywieźć do obozów zagłady. Na początku wojny Hanka nie wierzy, że ktoś mógłby być w stanie unicestwić tak liczną część społeczeństwa.
Sprawa, którą próbuje rozwikłać Walenty Cichocki, nie będzie łatwa. Z jednej strony przy moście odnalezione zostaje ciało mężczyzny z szalikiem Cracovii zawiązanym na szyi, a z drugiej okazuje się, że był on Niemcem. Do tego przy ciele ofiary zostaje znaleziony znaczek. Wszystkie te komplikacje mają miejsce w czasie, kiedy Walenty stara się zapanować nad swoimi problemami prywatnymi. Nie potrafi związać się z kobietami, tak został zdominowany przez matkę, a jego fobie utrudniają mu umówienie się na randkę w pierwszym krakowskim McDonaldzie.
Kiedy rozpoczynałam lekturę powieści, miałam pewne obawy, czy Cichocki nie będzie wtórną kopią serialowego detektywa Monka. Tak się jednak nie stało. Walenty nie jest komiczny. Jego problemy mają źródło w przeszłości. Z czasem odkryjemy dlaczego Cichockiego dotknęły te fobie. Traumatyczne doświadczenia odcisnęły na nim piętno, mimo że zostały wyrzucone z pamięci. Podczas lektury widzimy, jaki wpływ mogą mieć tragiczne zdarzenia na późniejsze życie.
Irena Małysa w ciekawy sposób stopniowo spaja ze sobą opisywane niezależnie dwie przestrzenie czasowe. Obie warstwy, jak się od początku domyślamy, nie są przypadkowe. Z czasem odkrywamy powiązania. Obserwujemy, jak wyglądała trudna rzeczywistość w czasie II wojny widziana z perspektywy Polki, która pragnie przetrwać i obserwuje narastającą grozę. Pojawia się też makabryczny wątek kanibala Franza Thama. To, co wydawać by się mogło najbardziej nieprawdopodobne, wcale nie zostało oparte na wyobraźni autorki, a na faktach wziętych z historii.
W „Mostach na Wiśle” pisarka w ciekawy sposób oddaje rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i wojennych. Tło społeczne i obyczajowe ma spore znaczenie. Widzimy wielonarodowy Kraków przed 1939 rokiem i współczesny, w którym odbywają się walki kiboli. Walenty Cichocki okazał się ciekawą i złożoną osobowością. Choć słucha tej muzyki, na której dorastałam, sam pochodzi z innego pokolenia. Wraz z policjantem odkrywamy ciemne strony urokliwych na co dzień zakątków Krakowa. Okazuje się, że mury miasta i tytułowe mosty skrywają wiele mrocznych tajemnic. Warto się z nimi zapoznać, gdyż są naprawdę dobrze opowiedziane. Łatwo wnikamy zarówno w przeszłość Krakowa, jak i w samo śledztwo przeprowadzone przez głównego bohatera powieści „Mosty na Wiśle”. Niby czytamy kryminał, ale refleksje nad wpływem przeszłości na teraźniejszość, wcale nie będą czystą rozrywką.