„Balladyny i romanse” a popkultura

Balladyny i romanseOd dłuższego czasu miałam ochotę sięgnąć po prozę Ignacego Karpowicza. Wreszcie trafiłam na „Balladyny i romanse”. Najbardziej intrygowało mnie nawiązanie do romantyzmu. Tylko co otrzymujemy oprócz tego?

Poznajemy historie kilkorga bohaterów. Ich losy przeplatają się. To samo wydarzenie widzimy niekiedy z perspektywy kilku osób. Życie tych ludzi w Polsce nie jest zbyt różowe. Nie mają przed sobą perspektyw, nic ciekawego nie może ich w życiu spotkać. A jednak…

Losy postaci splotą się z bohaterami boskimi. Równie ważna w powieści jest sprzedawczyni Olga, jak i bogini Nike, czy jej kochanek Jezus. Po prostu niebo przestaje istnieć, a bogowie zstępują na ziemię, by żyć między zwykłymi śmiertelnikami i ingerować w ich egzystencję. Gdyby samego absurdu było jeszcze mało, to Karpowicz dorzuca odbiorcy ironię oraz tragikomedię.

Z tej mieszanki powstaje monumentalne dzieło, liczące blisko 600 stron. Jednocześnie akcja jest tak wartka, że książkę pochłania się w kilka chwil. Jak to możliwe, że nie męczy przeplatanie bohaterów realnych z nieprawdopodobnymi? Wszystko za sprawą fabuły oraz obrazu, który się wyłania z „Balladyn i romansów”. Można też niekiedy się uśmiechnąć (oczywiście jeśli potrafimy śmiać się sami z siebie).

Jaka wizja wypływa z książki? Otóż pierwsze, co przyszło mi do głowy, to Nietzscheański pogląd, że „Bóg umarł”. U Karpińskiego istnieje, ale traci metafizyczny charakter. Jest na wzór i podobieństwo człowieka, a nie odwrotnie. To bogowie marzą o tym, by stać się ludźmi. Ta przewrotna zamiana doprowadza do zawiązania ciekawej akcji.

Dzięki temu odwróceniu, obnażony zostaje obraz naszej współczesności. Wielokrotnie w powieści mowa o popkulturze. Dlatego bogowie mogą zejść na ziemię, zamknąć niebo i piekło, bo dla współczesnego czlowieka nic nie jest już święte, nie ma żadnych autorytetów. Zostaje pustka i szarość. Wszystko jest płaskie i dwuwymiarowe, bez jakiejkolwiek głębi.

Mimo tego opisywani bohaterowie mają w sobie coś z antycznego piękna. Pozostaje również jakieś wrażenie tragizmu. Postaci ciągle zdają  sobie sprawę z pustki ich egzystencji. Próbują to jakoś przełamać. Olga nawiąże romans z o wiele od niej młodszym Jankiem. Ten z drobnego rzezimieszka stanie się wrażliwym mężczyzną. Ania pozna prawdziwe oblicze swoich rodziców i pierwszy raz ich doceni, tylko dlatego, że nie będą  się przed nią ukrywać.

„Ballady i romanse” nie wszystkim się spodobają. Do niektórych za to trafi inteligentny i cięty język Karpowicza. Bardzo mi się spodobały  jego ironie i aluzje do wielu religii. W książce opisana zostala współczesna Polska z jej licznymi przywarami i nędzą. To ubóstwo jest zarówno intelektualne, jak i materialne. Gdzie więc szukać nadziei w tej wszechobecnej popkulturze? Karpowicz wskazuje na drugiego człowieka. Dzięki niemu możemy jakoś sensownie egzystować, nawet za cenę ogromnych wyrzeczeń.

  1. Pingback: Cud w wersji Ignacego Karpowicza | Czytam, bo chcę i już

  2. Pingback: „Sońka” – Ignacy Karpowicz | Czytam, bo chcę i już

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *