Poprzednią książką Macka Bielawskiego, jaką czytałam, była powieść „Ostatni”. Teraz, po dwóch latach, przyszła kolej na niewielką objętościowo mikropowieść pt. 'Bez głowy”. Książka liczy nieco ponad 130 stron, nieco mniejszego formatu niż zwykle to bywa. Czym nas zaskoczy autor tym razem? Maciej Bielawski w swojej najnowszej książce podejmuje temat niespełnionych ambicji, a tytuł będzie wieloznaczny i połączy wszystkie postacie w tej historii.
Pierwszym istotnym bohaterem, jakiego odkrywamy jest Artur Stadnicki. Postać w zasadzie jest nieobecna, gdyż tak naprawdę przebywamy na wernisażu jego zdjęć. Oglądamy nietypowe prace Stadnickiego, które zgodnie z tytułem są skadrowane nietypowo, ponieważ nie ukazują głowy. Co to za portret bez oblicza fotografowanego? Kim jest tajemnicza postać, która wykonała te wszystkie zdjęcia?
Życie Artura Stadnickiego relacjonuje ktoś, kto opowiada, czy wręcz prowadzi odczyt na temat twórczości oryginalnego fotografa. Poznajemy historię kariery człowieka wspieranego od najmłodszych lat przez rodziców. Mężczyzna zawsze mógł liczyć z ich strony na docenienie. Kiedy chłopak zainteresował się jakaś dziedziną, natychmiast był odzew ze strony bliskich, którzy w każdym jego geście widzieli przebłyski geniuszu. Kiedy Artur chwycił w ręce aparat fotograficzny, natychmiast dostał kliszę, a potem lekcje fotografii.
Z jednej strony są zdjęcia, a z drugiej słyszymy głosy ludzi, którzy przybyli na wystawę. Otrzymujemy kakofonię komentarzy i wypowiedzi, jakie płyną z ich ust. To po wzroku drugi zmysł, jaki tu przywołuję, ale pierwotnie dla Stadnickiego najbardziej istotne było powonienie, gdyż aparat Zenith interesował dziecko ze względu na zapach futerału. Rodzice doszukali się w tym czegoś zupełnie innego.
Kolejną postacią, która pojawia się w tej historii, jest kobieta opiekująca się schorowaną matką. Wyrzuca sobie, że nie jest dość w tym dobra, dlatego postanawia umilić starszej pani czas i organizuje wyjazd do Wrocławia. Na pamiątkę tego wydarzenia powstaje zdjęcie. Okazuje się potem, że zostało obcięte i sfotografowane kobiety nie mają głów.
Na koniec odkrywamy historię pewnego chłopaka, który marzy o studiowaniu kulturoznawstwa, ale przez to że się tam nie dostaje, trafia na fizykę. Co łączy tych wszystkich ludzi? Oczywiście wszędzie pojawi się tytułowy motyw. Owo pozbawienie zdjęć głów posiada dosłowne, ale też symboliczne znaczenie. Z jednej strony postacie na fotografiach niepokoją, ale z drugiej intrygują. Dla każdej z opisywanych postaci będzie to znaczyło coś zupełnie innego. Zresztą odbiorca dodaje swoją interpretację.
Postacie opisane w książce z jednej strony wychowywały się pod kloszem. Wspierani przez rodziców zyskali wrażenie, że są kimś wyjątkowym. Być może stąd wzięła się ich ambicja. W zderzeniu z wielkim światem okazuje się jednak, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ma nieco więcej wiedzy, czy inną interpretację danego dzieła. Widzimy różnego rodzaju rozdarcia np. pomiędzy ambicją a kompleksem wynikającym z życia na prowincji. Maciek Bielawski pisze o tym w oryginalny sposób. Korzysta z konwencji nieco podobnej do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Oglądamy fikcyjne dzieło oraz artystę i zastanawiamy w jakim celu autor użył takiego zabiegu. Książka niby niezbyt obszerna, ale przemyślana i skłaniająca do refleksji.