Pytanie o własną tożsamość nie jest niczym nowym w literaturze. Wydawać by się mogło, że nie może być w tym nic specjalnie skomplikowanego. Urodziliśmy się w danym miejscu i tam zapuszczamy korzenie. Trudności pojawiają się w momencie, gdy przyglądamy się bliżej i dokładniej temu, co nas kształtowało. Jak to możliwe, że następuje to na długo zanim przyjdziemy na świat? W książce „Król Warmii i Saturna” zobaczymy, jak złożone i rozłożone w czasie jest owo stawanie się. Kim? Polką, Warmiaczką, a może wszystko zależy od języka, jakim się posługujemy?
Przez wiele lat wypowiadanie się językiem małych ojczyzn wiązało się ze wstydem. Nie po to uczyliśmy się języka polskiego, by potem nagle mówić, jak nasi wiejscy niewykształceni przodkowie. Dopiero z czasem, dojrzewając, owa gwara zaczyna nabierać nowego znaczenia. Wiąże nas z tymi, których dawno nie ma, a zostawili po sobie wyrazy brzmiące i odmieniające się nieco inaczej, niż w słowniku poprawnej polszczyzny. Narratorka książki Król Warmii i Saturna” słyszy od swojego ojca właśnie takie słowa. Zygfryd Wilengowski niekiedy wplata do języka polskiego wyrażenia niemieckie, kiedy indziej posługuje się gwarą warmińską. W jego córce, kobiecie będącej koło pięćdziesiątki, nagle budzi się ciekawość. Zadaje sobie pytania o historię ojca.
To właśnie on jest tytułowym królem Warmii i Saturna, ale nie tylko. Schorowany starszy mężczyzna, którego coraz częsciej zawodzi zdrowie, wciąż ma swoją moc w wydawaniu opinii, rządzenia z jedenastego piętra peerelowskiego bloku w Olsztynie. To tutaj przekracza granice miejsca i czasu. Myślami często wraca do przeszłości. Bywa małym chłopcem, który doświadczył wielu trudnych momentów w życiu. Rosjanie zabrali mu matkę, nie miał ojca. Wychowywali go Oma i Opa, jak się tu mówiło na babcię i dziadka. Krzywdzili również Polacy, nazywając miejscowych Szwabami, choć Zygfryd nie mógł zrozumieć, co niby ten region Niemiec ma wspólnego z dawnymi Prusami Wschodnimi?
Mężczyzna prócz ran w psychice, posiada również prawdziwe blizny po tym jak „Ruscy” dźgnęli dwulatka bagnetem, gdy zabierali mu matkę. Król teraz może siedzi ze swoim berłem w postaci pilota od telewizora, ale tak naprawdę częściej zagląda w swoje wnętrze. Wraca do wspomnień, rozmawia z córką i denerwuje się, gdyż świat często nie podąża za jego wizją. Wsłuchujemy się w opowieści z Warmii. Zdumiewając się, jak niewiele śladów zostało z tej kultury. Wydawać by się mogło, że narodowościowo i etnicznie jesteśmy już tacy sami. Nic bardziej mylnego. Wystarczy zajrzeć nieco głębiej, by znaleźć całe bogactwo ukryte w historii regionu i tej najbliższej, rodzinnej.
Zaskoczyło mnie, jak wiele wspólnego ma gwara kociewska, czyli moja własna, z tą warmińską. Naleciałości z języka niemieckiego też nie stanowiły dla mnie żadnego problemu. Okazuje się, że w tej opowieści znalazłam coś, co uznałam za swoje, specyficzne tylko dla mojego regionu. Kto zna te wszystkie te zmiękczenia typu: „wypsić „kupsić”, rozumie też, że mówienie w taki sposób oznaczało pewnego rodzaju stygmatyzację. Nikt nie wypowiadał się tak publicznie, żeby nie zostać uznanym za wieśniaka, co w pewnym momencie dorastania każdy z nas boleśnie odczuł. Zygfryd nie ma takiego problemu, a jego córka mówi o relacji między nimi w sposób wyjątkowy. W „Królu Warmii i Saturna” nie będzie też sztucznej folkloryzacji, takiej rodem z Cepelii. Za to mamy do czynienia z czułością wobec drugiej osoby. Kogoś zwykłego i jednocześnie jedynego w swoim rodzaju. Kogo warto posłuchać, a jego język i opowieść utrwalić. Powstała świetnie napisana proza autobiograficzna, pozbawiona patosu. To jak pisze Joanna Wilengowska, nie jest też pozbawione humoru. Król Warmii będzie nas bawił swoimi wypowiedziami, czy przejęzyczeniami, co oczywiście w żaden sposób nie ujmuje jego wyjątkowości. Odbiorcę to wielokrotnie rozbawi, a jednocześnie wprowadzi równowagę wobec tych bardziej trudnych momentów opowieści.