Książka Stevena Johnsona „Małe wielkie odkrycia. Najważniejsze wynalazki, które odmieniły świat” popularyzuje naukę. Czy dzisiaj w dobie Internetu, gdzie wiele informacji można znaleźć w kilka kliknięć i chwil, takie pozycje nadal mają sens? Jeśli wziąć pod uwagę, że książka stała się światowym bestsellerem, okazuje się, że tego typu publikacje nadal spełniają swoje zadanie i pokazują, że warto wiedzieć więcej.
Już w szkole podstawowej uczniowie na lekcjach historii dowiadują się, czym są przyczyny oraz skutki wydarzeń. Te zagadnienia dla dorosłych są oczywiste, dzieciom ich zrozumienie przychodzi z pewnym trudem. Jednka niektóre powiązania przyczyn, wydarzeń i ich konsekwencji, podawane przez autora książki „Małe wielkie odkrycia”, mogą zaskoczyć. Pewne skutki wydają się aż za daleko idące i niemal wywołują sprzeciw. Jednak Steven Jones broni swoich pomysłów, a czytający w pewnym momencie zaczyna wierzyć autorowi, że małe odkrycia mogły prowadzić do olbrzymich zmian w świecie.
Książka została podzielona na sześć rozdziałów. Autor rozważa jakie konsekwencje miało zapanowanie nad światłem, dźwiękiem, zimnem, czy czystością. Oprócz tego dowiemy się do czego doprowadziło wynalezienie zegarów oraz co dało ludziom pozornie zwykłe szkło. Dla Stevena Johnsona małe odkrycia nie były jak efekt motyla, ale jak skrzydła kolibra. Te malutkie ptaki, by korzystać z nektaru orchidei, ewoluowały i nauczyły się latać jak owady. O takich „dziwacznych zależnościach” pisze właśnie Steven Johnson.
Trudno uwierzyć, że wynalezienie druku przez Gutenberga doprowadziło do odkryć w fizyce molekularnej. Jednak autor książki „Małe wielkie odkrycia” przedstawia cały wywód, krok po kroku, jak do tego doszło. Najpierw upowszechnił się druk, potem okazało się, że wiele ludzi musi nosić okulary – a wcześniej nie mieli takiej potrzeby, bo przecież nie potrafili czytać. Stąd już blisko do wynalezienia mikroskopu, czy do odkrycia, jak wytrzymałe potrafi być włókno szklane. Można pójść w drugą stronę i zauważyć, że soczewki umożliwiły stworzenie teleskopu, co potem pozwoliło dokonać kolejnych odkryć na niebie.
Jeśli wyobrażamy sobie największe dokonania człowieka, to przede wszystkim widzimy jednostkę. A to Newtona, któremu spada na głowę jabłko, albo Tomasza Edisona samotnie pracującego nad wynalezieniem żarówki. Steven Johnson przypomina, że tak naprawdę nad podobnymi pomysłami pracowali różni ludzie, a czasami przypadek, bądź umiejętność promowania swojej pracy, sprawiło, że akurat ten, a nie inny (podobny) wynalazek się upowszechnił. Wymieniony przed chwilą Edison potrafił dawać ogłoszenia w prasie, że już ma świetnie działającą żarówkę, zanim ją udoskonalił, żeby zniechęcić konkurencję. Dzisiaj jeszcze trudniej dokonać samodzielnego wynalazku, skoro nad innowacjami pracują grupy ekspertów.
Dla kogo jest książka „Małe wielkie odkrycia”? Kiedy po nią sięgałam, trudno mi było określić grupę docelową. Po jej przeczytaniu widzę, że może być niemal dla każdego, zaczynając od młodzieży gimnazjalnej. Ci, którzy znają się na nauce, historii wynalazków zaskoczeni zostaną sposobem, w jaki Steven Johnson łączy różne, wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka odległe sprawy. Bo co ma wspólnego mikrochip z rozwiązaniem problemu brudu w miastach w XIX wieku? Okazuje się, że można te dwa odkrycia powiązać, opowiadając o tym w sposób niezwykle interesujący.
Niewiele pamiętam z fizyki, jeszcze mniej z chemii. Jednak Steven Johnson popularyzuje naukę, ale nie wpędza czytelnika w kompleksy. Dlatego, kiedy czytałam „Małe wielkie odkrycia”, czułam, że jestem w stanie zrozumieć rzeczy niezwykle dla mnie skomplikowane. Autorowi nie brakowało też poczucia humoru, potrafi w ten sposób ubarwić opowieść. Książka Stevena Johnsona zabiera nas w podróż do przeszłości, pokazując niezwykle ważne odkrycia w dziejach. Przy okazji autor zachęca czytelnika do tego, by nie popadał w utarte schematy i był ciekawy otaczającego go świata. Bo, żeby coś czasem odkryć, należy się przedtem trochę pogubić…
Mojemu siedmioletniemu chrześniakowi ta książka przypadłaby do gustu. On ma umysł ścisły. Żadnych głupich krasnoludków. Rakieta, gwiazda, cyfry.
Może rośnie następca Einsteina?
Książka idealna na świąteczny prezent dla mojego taty 🙂 Sama też z chęcią dowiedziałabym się o wielu zależnościach – od kolibra do huraganu na drugiej półkuli 😉 Ciekawe.
Tutaj będzie wiele zaskakujących zależności. Myślę, że tacie może przypaść do gustu 🙂