O księdzu Janie Kaczkowskim po raz pierwszy usłyszałam w radio. Był to wywiad w radiowej Trójce. Słuchając go, nie mogłam wyjść z podziwu, że ludzie z taką pasją jeszcze istnieją. Ksiądz Jan jest teologiem, bioetykiem oraz twórcą Puckiego Hospicjum pw. Świętego Ojca Pio. Siebie nazywa – z pewną dozą autoironii – onkocelebrytą. Dlaczego? W 2012 roku zachorował na guza mózgu, glejaka. Lekarze dawali mu zaledwie pół roku życia. Jednak jak sam mówi, darowano mu trochę więcej czasu. Piotr Żyłka na przełomie 2014 i 2015 roku przeprowadził z księdzem Janem Kaczkowskim wywiad Dzięki tej rozmowie powstała książka „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość”.
Główny bohater wywiadu należy do tego samego pokolenia, co ja. Został kapłanem i zdążył wiele osiągnąć. Założył hospicjum i nim kieruje, doktoryzował się. Z książki dowiemy się dlaczego został księdzem, choć nic na to początkowo nie wskazywało. Najpierw jako dziecko zachwycił się atmosferą krakowskich świątyń. Choć urodzony w Gdyni, często bywał na południu, ponieważ miał poważne problemy ze wzrokiem. Dużo czasu spędzał z babcią, która zabierała go do kościoła. Rodzice natomiast z dystansem podchodzili do Kościoła.
Ksiądz Jan chciał zostać jezuitą, ale nie został przyjęty do zakonu. Zresztą, kiedy studiował w Gdańskim Seminarium Duchownym, również nie był pewien, czy zostanie wyświęcony. Problemem był wzrok. Przytacza anegdotę na ten temat: „- A pieniądze widzi? – Widzi! – To święcić!”. Był jeszcze jeden powód, który mógł uniemożliwić święcenia: „niewyparzona gęba” seminarzysty. Na szczęście okazało się, że nie tylko Jan Kaczkowski był pewien swego powołania, nauczyciele ostateczni dopuścili go do święceń.
Z książki „Życie na pełnej petardzie” nie tylko można dowiedzieć się, jaka była droga Jan Kaczkowskiego do kapłaństwa, ale też jak wygląda życie młodego księdza. Główny bohater wywiadu nie owija w bawełnę. Pokazuje, jak trudnym kawałkiem chleba jest kapłaństwo. Życie wikarego to praca w szkole z trudną młodzieżą, posługa w szpitalu, odprawianie mszy, pogrzeby, itp. Czasami mówienie tego, co się myśli pomaga, ale niekiedy może prowadzić do konfliktów z innymi duchownymi.
Oprócz warstwy biograficznej otrzymujemy w książce też wykładnię wiary księdza Jana. Pokazuje czytelnikom dylematy współczesnego katolika i próbuje podejść do nich zdroworozsądkowo. Tak, by nie łamać dogmatów, ale by skupić się na miłości do drugiego człowieka. Czyli nie będzie grożenia palcem, że postępujemy źle, tylko wyjaśnienie o co naprawdę chodzi w religii. Piotr Żyłka zadaje trudne pytania, a ksiądz Jan stara się wszystko wyjaśnić w sposób prosty, tak by czytelnik zrozumiał, czym się w życiu kieruje. Nie zabraknie kontrowersyjnych tematów – będzie mowa o aborcji, eutanazji, zapłodnieniu in-vitro.
Ksiądz Jan nie boi się też podejmować dyskusji z najwyższymi autorytetami Kościoła. Bardziej sobie ceni Benedykta XVI niż Franciszka, potrafi krytycznie spojrzeć na św. Jana Pawła II, choć nie kwestionuje jego zasług. Uważa, że warto mówić, co się myśli, by żyć w zgodzie z sobą samym. Kiedy duchowny ciężko zachorował, potrafił nawet swą słabość obrócić w coś dobrego. Stał się onkocelebrytą, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Sława sprawiła, że o nim się mówi, wszyscy znają księdza z mediów. Przy okazji korzysta na tym Puckie Hospicjum pw. Świętego Ojca Pio. To jedna dobra strona, inna jest bardziej subtelna. Dzisiaj, kiedy coraz mniej osób widzi w kapłanach autorytet, tylko tacy ludzie jak ksiądz Kaczkowski, mogą dotrzeć do wiernych ze swoim przesłaniem. Jednak, czy będzie ich więcej?
Wywiad „Życie na pełnej petardzie” pokazuje, że warto mieć swoje zasady i się ich trzymać. Wtedy nawet największe cierpienie łatwiej przyjąć i się z nim pogodzić. Ksiądz Jan Kaczkowski mówi o wierze w sposób niezwykły, bo przemawia tak, byśmy czuli, że to przesłanie płynie prosto z serca. Jego cierpienie, walka z chorobą sprawiają, że jest wiarygodny, a jednocześnie daje ludziom nadzieję. Okazuje się, że życie ma sens i trzeba czerpać z każdej danej nam chwili. Dystansu do samego siebie i autoironii księdzu nie brakuje. Natomiast książka zaraża pozytywną energią. A jeśli ktoś chciałby posłuchać głównego bohatera wywiadu, może również zajrzeć na jego vlog.
Chyba kojarzę tego księdza. Tak, wydaje mi się, że tęsknimy za autorytetami. Bo jakoś tak w dzisiejszych czasach się porobiło, że zacytowana anegdota nie jest anegdotą…. Mamy też rzetelnych księży urzędników, ale mi brakuje takiego księdza-ojczulka, któremu można powiedzieć o problemach. A nie tak jak bywa, że na skargę petenta 'bo nie mam pracy’, ten odpowiada ”a ja mam dwa etaty, więc nie rozumiem ciebie’.
Książkę przeczytam. Bo cenię mądrych ludzi.
Oj brakuje tych autorytetów, niestety. A ksiądz Kaczkowski zdaje się rozumieć zwykłych ludzi. 🙂
Pingback: „Grunt pod nogami” – ks. Jan Kaczkowski | Czytam, bo chcę i już