Jeszcze do niedawna kojarzyłam Bena Millera jako człowieka kina. W końcu zagrał w filmie „Johnny English”, a rola którą odegrał, przyniosła mu popularność. Jednak od jakiegoś czasu poznaję jego książki dla dzieci. Najpierw była to powieść „O chłopcu, który zniknął świat”, potem „Jak poznałem Świętego Mikołaja”. Niedawno wydana została trzecia historia: „O dziewczynce, która wpadła w baśń”. Właśnie o niej chciałabym opowiedzieć.
Pewnego dnia we wsi Little Hilcot pojawił się supermarket „U Grimmów”. Tak naprawdę nikt go nie wybudował, a wyłonił się z ziemi. Stało się to pewnej burzowej nocy, kiedy wszyscy przebywali w swoich domach, dlatego nie było żadnego świadka tego niezwykłego zdarzenia. Kiedy pojawia się taki nowy obiekt, trzeba go odwiedzić. Tak robi Lana ze swoją mamą. Dziewczynka nudzi się, bo jej brat zamiast spędzać wakacje na zabawie, uczy się. Dwunastolatek nie ma ochoty na wspólne spędzanie czasu, jak to dawniej bywało, dlatego Lana ma wrażenie, że coś nieodwracalnie straciła.
Główna bohaterka zaskoczona jest zachowaniem mamy w supermarkecie. Kobieta zachwyca się promocjami. Dzięki temu dziewczynce udaje się namówić mamę na zakup księgi z baśniami. Podekscytowana Lana czeka na poznanie nowych historii, zwłaszcza takich, których nie zna zbyt dobrze. Szybko okazuje się, że te opowieści nie są wcale dla maluchów. W baśniach przecież zło czyha na każdym kroku.
Dziewczynka sama stanie się bohaterką baśni, ponieważ w sklepie znajdują się tajne przejścia prowadzące do znanych nam historii. Tyle że wcale nie jest powiedziane, iż wszystko skończy się dobrze, a dobro zwycięży. Cały supermarket i jego dziwny pracownik nie są tym, co widać na zewnątrz. To dzięki temu miejscu, dziewczynka trafi do opowieści o „Śpiącej Królewnie”. Uda jej się zaangażować brata do pomocy. Bez rodzeństwa wszystko może potoczyć się źle i zupełnie nie tak, jak w znanej nam baśni.
W książce „O dziewczynce, która wpadła w baśń” Ben Miller wykorzystuje znane motywy, ale zmienia je na swoich zasadach. Opowieści o „Jasiu i Małgosi”, „Śpiącej Królewnie”, czyli historie doskonale znane wszystkim dzieciom, nabierają nowego charakteru. Są bardziej groźne, nie przypominają słodkich baśni. Bohaterowie wpadają do historii, w której zła wróżka i jej czary mogą doprowadzić do zupełnie innego zakończenia, niż to powszechnie znane. Od sprytu Lany i Harrisona zależy naprawdę wiele. Ben Miller ceni sobie naukę, więc mądry dwunastolatek będzie prawdziwym skarbem. Okaże się przy okazji, że warto znać prawa fizyki. Przydają się nawet w baśniach.
Autor w posłowiu podkreślił, że napisał powieść „O dziewczynce, która wpadła w baśń” dla swojej córki Lany. Jednak nie jest to historia tylko dla dziewcząt. Myślę, że spodoba się tym dzieciakom, którzy cenią sobie wartką akcję, czy chcą poznać nowe, zabawne wersje baśni. Choć klimat opowieści chwilami bywa nieco groźny, przede wszystkim zwracamy uwagę na przygody bohaterów, zwroty akcji, a także na wszechobecny dowcip w powieści. Warto podkreślić, że w „Dziewczynce, która wpadła w baśń” znajdują się czarno-białe ilustracje, co ułatwia dzieciakom wkroczenie do rzeczywistości przedstawionej w historii. Książka skierowana jest do osób od około dziewiątego roku życia, ale ci odbiorcy, którzy czytają już samodzielnie nieco dłuższe opowieści niż kilkunastostronicowe, mogą po nią śmiało sięgać. Łatwy w odbiorze język, duża czcionka z pewnością przyciągną wszystkich tych, którzy lubią opowieści, w których wiele się dzieje i dzięki którym można się bardzo dobrze bawić.