„Rok, w którym nie umarłem” – Mikołaj Grynberg

Rok w którym nie umarłem, Mikołaj GrynbergCo może zainspirować pisarza do podjęcia danego tematu w książce? Czasami wystarczy osobiste doświadczenie, które bardzo mocno wpłynęło na twórcę. Co musi się zdarzyć, żeby nagle zatrzymać się w tym pędzie i spojrzeć na całe dotychczasowe życie? Mikołaj Grynberg opowie nam o tym, co tak silnie na niego wpłynęło i kazało zmienić nie tylko postrzeganie samego siebie, ale również nieco styl życia.

Ból w klatce piersiowej, problemy z oddychaniem. Dla ratowników z karetki był to objaw być może ataku paniki, więc dali pacjentowi hydroksyzynę. Tymczasem Mikołaj Grynberg, bo to o niego chodzi, właśnie miał zawał serca. Został jednak zignorowany, potraktowany z góry, nie był w stanie przekonać osób w karetce, że to musi być jednak coś więcej niż jakiś ostry stan lękowy. Poprosił żonę, by zawiozła go do szpitala w Warszawie, bo akurat byli poza domem. To oczywiście wielki błąd, ponieważ w podobnej sytuacji trzeba szukać pomocy, tam gdzie najbliżej, ale o tym co należy a co nie, w podobnej sytuacji dowiadujemy się najczęściej po fakcie.

Autor zastanawia się, czy da się obliczyć, kiedy się umrze? śmierć staje się jego obsesją. Zastanawia się nad tym, kiedy przyjdzie, biorąc pod uwagę na co i kiedy zmarli jego najbliżsi. Oczywiście takie obliczenia nie maja sensu, ale po zawale różne myśli przechodzą człowiekowi po głowie. Najpierw jednak jest czas pobytu na SORze, oddziale kardiologicznym, rehabilitacji. Narrator, którego utożsamiamy z pisarzem, opowiada o swoich doświadczeniach w tych miejscach. Co ciekawe, Grynberg nie zawsze jest pewien, czy coś wydarzyło się naprawdę, czy pamięć spłatała mu pewnego figla.

Nawet uczucia nie zawsze są pewne: wdzięczność pacjentowi myli się z zakochaniem. Przecież osoba, która uratowała komuś życie w jakimś stopniu jest związana z lekarzem. Tyle że kardiolog nie odczuwa tego tak samo, a pisarz opowiada o tym w zabawny sposób, ponieważ tych miłosnych wyznań nie traktujemy na poważnie. Mamy wrażenie, że chory zmienił się w osobą, która nie musi już traktować wszystko zupełnie serio, a humor daje mu szansę na uporanie się z lękami.

Mikołaj Grynberg pokazuje, że nie każdemu udaje się przyznać do własnych uczuć. Pisarz opowiada o swoich snach, w których pojawia się koszmar zawału, wrażenie, że zaraz nastąpi koniec. Inni pacjenci, szczególnie mężczyźni, nie przyznają się do podobnych emocji. Autor przeprowadza nawet pewną ankietę wśród pacjentów, z której wyniknie, że on sam jest kobietą, ponieważ tylko one przyznały się do podobnych myśli i uczuć.

W książce widoczna jest ironia, dystans do choroby i do samej śmierci. Oswajanie tej ostatniej przychodzi z trudem, każdy przecież chciałby żyć jak najdłużej i odsunąć śmierć w daleką przyszłość. Narrator przygląda się sobie, snuje różne wizje tego, jak wyglądałoby życie jego rodziny, gdyby umarł. Sporo miejsca w książce zajmują scenki z życia szpitalnego, rozmowy między pacjentami, a potem pogaduchy w szatniach podczas rehabilitacji. Otrzymujemy Polskę w pigułce z jej uprzedzeniami, bolączkami, strachami. Jest nawet życie za parawanami. Tyle, że nie tymi plażowymi, a oddzielającymi pacjentów od siebie, więc niekiedy człowiek nie zdaje sobie sprawy, z kim sąsiaduje, czy nawet kto obok niego zmarł.

„Rok, w którym nie umarłem” to proza bardzo osobista. Mikołaj Gryngerg opowiada o tym, co dla wielu z nas jest niewygodne, ponieważ dotyczy umierania. Jednocześnie jednak jest to pean na cześć życia. Tego, które dane zostało pisarzowi po zawale. Dlatego teraz autor zdaje się doceniać, to co wcześniej było oczywiste. Ukochana żona, dzieci i walka o siebie, by zyskać choć trochę tych wspólnych dni. Mikołaj Grynberg docenia nowe życie, a o swojej chorobie, o własnych doświadczeniach pisze posługując się ironią, przez co wywołuje uśmiech na twarzy. Jednocześnie będzie tu więcej wzruszeń, ponieważ pisarz nie obawia się odsłonić własnej wrażliwości, emocji podczas tych najtrudniejszych chwil, jakie przyszło mu przeżyć. Jest jeszcze ostatnie zdanie w książce, które wybija nas z tej wygodnej pozycji, jaką przybieramy, gdy wszystko jest już na dobrej drodze…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *