Wystarczy zerknąć na okładkę, a już zaczyna się powrót do dzieciństwa. Przedstawia ona znane każdemu trzydziestolatkowi hasło – poczytaj mi mamo. O tak, nie tylko my czytamy swoim dzieciom – nam też czytano, skoro do dziś pamiętam te historie przedstawione i odnalezione w tym opasłym tomisku. Nie mieliśmy takiego wyboru w tytułach więc każda, kolorowa książeczka trwała z nami tak długo – dopóki się nie porozapadła. Rodzice kupowali książeczki, ale pewnie po chwili już żałowali, bo musieli czytać co chwilę. Ciekawe dlaczego nauczyli mnie tej sztuki jak miałam pięć lat? Wtedy ich życie stało się łatwiejsze. Rola rodzinnego lektora przypadła nikomu innemu – tylko mnie.
Charakterystyczne logo pojawiało się – z tego co pamiętam na końcu, ale może nie było takiej reguły, a tylko pamięć płata figle? Chociaż w sumie mam rację, bo po każdej historii pojawia się rysunek tyłu okładki.
Oprócz pięknie wydanych dziesięciu historyjek, na końcu książki pojawiają się biogramy autorów historyjek i plastyków, którzy wykonali ilustracje. Doskonale pamiętam historię o daktylach, autorstwa Danuty Wawiłow i charakterystycznymi ilustracjami Edwarda Lutczyna. Zabrakło tylko opowieści typowo propagandowych. Nie wiem dlaczego ciągle pamiętam historię o chłopcu, który zginął w czasie wojny, bo chciał uratować sztandar. Zielona okładka i kwiaty przewiązane biało-czerwoną wstęgą – prawdziwy PRL.
Tylko przez te sentymenta, to coraz mniej chętnie chcę się rozstać z tą książką. W końcu kupiłam ją głównie z myślą o sobie, a nie tylko o dzieciach. Nie oddam jej bez walki. No i czekam na drugi tom. Ponoć już wkrótce.