Dla dzieci, ale też dla dorosłych: „Poczytaj mi mamo. Księga czwarta”

Poczytaj mi mamo. Ks. 4Po nowym roku wiele czynności wykonywanych po raz pierwszy, mamy już za sobą. Dzięki pięknej pogodzie zaliczyliśmy pierwszy spacer, pierwszy grill. Tylko śniegu jeszcze się nie doczekaliśmy. Za to przeczytałam pierwszą książkę dla dzieci, którą maluchy znalazły w święta pod choinką. Pięciolatek uwielbia serię „Poczytaj mi mamo”, więc nie mogło jej zabraknąć. Dotarliśmy już do czwartej księgi. Zresztą ta książka łączy pokolenia, bo wielu trzydziestolatków darzy te opowieści sporą sympatią.

Okazało się, że wszystkie historie, które znalazły się w tej księdze, znałam ze swego dzieciństwa. Każdy zna „Chorego kotka”, czy „Stefka Burczymuchę”, bo przecież z tymi tekstami rosło wiele pokoleń. A ja pamiętam je właśnie z serii „Poczytaj mi mamo” – i to dzięki ilustracjom odbyłam podróż w czasie. Oprócz tych opowiastek zetkniemy się z opowiadaniami pt. „Parasol”, „Piernikowy rycerz”, „Błękitna tajemnica”.

Jedną z ciekawszych jest historia pt.: „O Ali, Wojtku, kocie i rysowaniu na płocie”. O tym jak przyroda postanowiła zawalczyć o przyjaźń skłóconych ze sobą dzieci i doprowadziła do tego, że bohaterowie się pogodzili. Wprawdzie dydaktyzm tej baśni widoczny jest gołym okiem, ale nie razi. Opowiadanie to pojawiło się nawet w jednym z podręczników do języka polskiego w szkole podstawowej.

Tekstów jest dziesięć. A moim dzieciom podobała się historia misia, którego dziobnęła foka, a papuga przydeptała mokrą wodą. Malutki niedźwiadek po prostu nie rozróżniał jeszcze innych gatunków zwierząt i przestrogi mamy, nie przyniosły żadnego efektu. Za to słuchające maluchy miały ubaw po pachy.

Spośród wszystkich opowiadań, tylko jedno w widoczny sposób nawiązuje do minionej epoki. W „Niezwykłym zdarzeniu” mowa o magicznej budce telefonicznej i milicjancie kierującym ruchem ulicznym. Nie obyło się więc bez wyjaśnień… Wiele historii ma charakter baśniowy, bo występują w nich elementy magiczne – wyrastające kwiaty z głów bohaterów, kornik rozmawiający ze statkiem, czy zaczarowane skarpetki.

Opowiastki uczą i bawią. Jednak nie wszystkie są na równym poziomie. Przede wszystkim wybrano za dużo krótkich historii. Może lepiej będą pasowały młodszym czytelnikom, którzy mają jeszcze problem z koncentracją uwagi. Nam po prostu zajęły za mało czasu –  dzieciaki domagały się więcej – a tu nic z tego: koniec. Oczywiście, jeśli pociecha jest początkującym zjadaczem literek, może zacząć właśnie od tych krótszych opowiadań. Najmłodszych zaintrygują ilustracje. Po latach wciąż pobudzają wyobraźnię (tych starszych również).

Nie zapomniano też o dorosłych, bo na końcu książki dostępne są biografie autorów i ilustratorów. Gdy byliśmy dziećmi, nie zastanawialiśmy się, kim była Maria Konopnicka, czy Joanna Papuzińska – więc można nadrobić braki. Myślę, że niekiedy sięgamy po te książki przez sentyment, ale potem okazuje się, że historie nadal są aktualne, nie tylko ładnie wydane. A czy podobają się dzieciom? Naszym pociechom z pewnością, ponieważ córka stara się w szkolnej bibliotece odnajdywać skarby z serii „Poczytaj mi mamo”, potem je czyta. Szkoda, że takich oryginalnych, białych kruków niewiele już zostało…

Inne „Poczytaj mi mamo”

Poczytaj mi mamo. 50 bajek do czytania na głosDzieci, które znają już klasykę baśni, które poznały najważniejszych bohaterów literackich, mogą się zapoznać z książką Poczytaj mi mamo Wendy Cooling. W podtytule napisano 50 bajek do czytania na głos. 

Pozycja jest adresowana do dzieci od 3 lat. Jednak mój synek już jako dwulatek słuchał z zainteresowaniem historii, które były o pojazdach. Jak skonstruowano książkę? Opowiastki zakwalifikowano jako dwu-,  pięcio-, lub dziesięciominutówki. Najkrótsze są opowiadane przez żabkę, następne przez myszkę, najdłuższe zaś przez kaczuszkę.

O czym są baśnie? Właściwie o wszystkim. Mamy nowe wersje starych historii: np o Złotowłosej i trzech misiach, o wilczku z Trzech świnek.  W każdym razie nie ma w tych opowieściach nic strasznego – aligator, czy lis nie są okrutnymi bohaterami. Nawet historie o trollach są przyjazne. To zaś co mogło się wydawać w tradycyjnych baśniach złe, jest wyjaśnione w przewrotny sposób – z pozytywnym zakończeniem. Tak więc wilk nie jest zły, tylko jakieś nieporozumienie spowodowało, że takim go widziano.

Nie brakuje historii z morałem. Bohaterowie uczą się na swych błędach. Baśnie są tak opowiedziane, że dydaktyzm nie jest rażący – dzieci nie widzą w książkach żadnej sztuczności. Jako rodzic zauważylam, że niektóre historie są nierówne – jedne lepsze, inne gorsze. Jednak musiałam czytać opowiadania wielokrotnie, nawet podczas jednej wieczornej sesji, czy mi się podobały czy nie. Dzieci też mają swój gust. Córka wolała historie o zwierzętach – np skąd zwierzęta mają ogony, syn natomiast wybierał opowieści o samochodach. Pozycja jest bogata w ilustracje – na szczęście niebanalne, zabawne i przede wszystkim intrygujące. Dzieci zadawały sporo pytań do rysuków, a to dla mnie ważne, by pobudzały wyobraźnię.

Tak więc każdy znajdzie tu coś dla siebie – na wiele wieczorów, a nawet lat, bo książka rośnie razem z dzieckiem.  Czy książka jest wartościowa? Myślę, że wystarczy, że powiem, że jest zaczytana i nadaje się jako prezent.  Choć w domu nie brakuje książek dla dzieci, ta jest najbardziej zniszczona. Nawet gruba oprawa nie pomogła. Ponieważ trochę została nadjedzona… Kiedy starsze dziecko ząbkowalo, to podczas spania z Poczytaj mi mamo (a co tam spać z misiami, książki lepsze) podgryzło rogi…

Miś od zajączka

Miś UszatekJedną z tegorocznych zdobyczy zajączkowych naszych dzieci jest Miś Uszatek Czesława Janczarskiego. Każdy prawdopodobnie zna tego bohatera z wieczorynki dla najmłodszych z czasów PRLu. Film animowany i książeczka, to dwie różne historie. Miś Uszatek  miał być pozycją dla czterolatka. Jednak książeczka zdecydowanie bardziej będzie nadawała się dla młodszych dzieci. Opowiastki są w niej króciutkie, ledwie stronicowe, do tego jeszcze dochodzą ilustracje – zresztą kultowe,  autorstwa Zbigniewa Rychlickiego.

Kiedy czytałam Uszatka, dzieci domagały się innej książki – trzeciej części historii Matyldy. Widać też lubią serie. No i ta powieść jest jednak dla starszych – prawie siedmiolatka uwielbia tę bohaterkę, bo przecież taka dorosła. A mały miś był dla niej czymś zupełnie nie z tej bajki. Czterolatek wprawdzie słuchał, ale Uszatek był dla niego głupiutkim naiwnym młodszym bratem, który niewiele jeszcze wie.

Samo wydanie Naszej  Księgarni nawiązuje stylem do innych: np.  Poczytaj mi mamo, Grzegorz Kasdepke dzieciom, itp. Zresztą ich cena  jest zbliżona. Gruba okładka, eleganckie ilustracje, piękny papier. Trochę nie podobają mi się luki w zdaniach: to znaczy, gdy czytam zdanie, następne jest czasami oderwane od poprzedniego. Język też jest już niedzisiejszy. Chociaż może czasami rodzice bardziej kupują te książki dla siebie, a czytanie dzieciom tych książek  jest tylko przykrywką dla wspomnień. Świat Misia różni się od współczesnego – brak w nim komputerów, telewizji i innych zdobyczy cywilizacyjnych. Za to pluszak będzie się bratał z zajączkiem, czy kogutkiem. Wiele jest historyjek z naturą w tle. Może pod tym względem maluszki będą mogły się czegoś dowiedzieć – bo  przecież nie widują zbyt często wozów, do których zaprzęgany jest osiołek.

Książka Miś Uszatek to opowiadania zebrane. W jej skład  wchodzą cztery części: Przygody i wędrówki Misia Uszatka, Nowi przyjaciele Misia Uszatka, Gromadka Misia Uszatka, Bajki Misia Uszatka. Zanim ktoś sięgnie po tę książkę musi się zastanowić, czy to wydanie jest właściwe dla jego dziecka, bo skoro książka odpowiada maluchom poniżej czwartego roku życia, to pewnie zostawią w tak pieknym wydaniu swoje ślady… Chociaż z własnego doświadczenia wiem, że nawet dwulatki potrafią szanować książki, tylko muszą się w miarę wcześnie z nimi zetknąć. Najlepiej zaraz po urodzeniu.

Fascynacje Filemonem

Nie tak dawno temu niemal czteroletni chłopczyk odkrył kota Filemona. O przepraszam… – Fimelona. W dzieciństwie tak często pojawiała się ta bajka, że raczej nie wzbudzała już pozytywnych emocji. Ale dla kogoś nieskażonego takimi skojarzeniami baśnie o leniwym i młodym kocie są fascynujące…

To nie wszystko. Istnieją książki o Filemonie. Najpierw trafiliśmy na dwie historie w Poczytaj mi mamo. Księga I. Zaczęliśmy kopać głębiej. Okazuje się, że istnieje piękne wydanie w twardej oprawie Przygód kota Filemona S. Grabowskiego i M. Nejmana  z Naszej Księgarni.

Co może podobać się w książce najmłodszym? Po pierwsze poznawanie świata przez małego kotka. Nic nie jest dla niego oczywiste, wszystko chce poznać, dotknąć. Jest głupiutkim, ślicznym kocurkiem i nawet czterolatek wie więcej od niego. Po drugie: ilustracje. Mimo, że nie pojawiają się na każdej stronie, dziecko może porównać swoje wyobrażenie z tym, co pokazano na obrazku. Po trzecie: w książeczce przemycane są pewne powiedzenia, wyrażenia wzbogacające język maluszka. Dzięki Filemonowi maluchy dowiadują się co znaczy powiedzenie wilczy apetyt – to jeden z przykładów.

Główny bohater chce się z wszystkimi zaprzyjaźnić. Jednak okazuje się, że to nie zawsze możliwe. Ciekawski kotek wszędzie wkłada swój nosek i wtedy nawet zdarza mu się sparzyć. Dosłownie – ognik przypala mu ogonek. Wtedy dzieciaczki – i Filemon – uczą się, by nie podchodzić do ognia.

Dzięki filmowi animowanemu maluchy porównują, to co przeczytali im rodzice i znowu czegoś się uczą. Szukają róznic i podobieństw między książką a filmem. Ilustracje w książce są w takiej samej stylistyce jak w bajecze telewizyjnej.

Minusem jest znowu cena. Jednak mały czytelnik dostaje ponad 200 stron przygód i twardą oprawę. Ta książeczka najbardziej zainteresuje miłośników małego kota. Porównywalna cenowo Poczytaj mi mamo jest trochę lepiej wydana, na lepszym papierze.

Poczytaj mi mamo – po raz drugi

poczytaj mi mamoJak uszczęśliwić jednocześnie rodziców i dzieci? Wystarczy kupić książkę Poczytaj mi mamo. Księga 2. Maluchy znają już pierwszą część, więc na widok nowej księgi, szeroko otworzyły oczy z radości. A skąd szczęście rodziców? Większość z historii już znamy ze swojego dzieciństwa, bo okazuje się, że nam też kiedyś czytano książki. Z tych małych i cienkich książeczek nie zostały już nawet strzępki, ewentualnie skrawki pamięci. Teraz czas to odtworzyć.

Najlepiej podobały mi się w dzieciństwie ilustracje Lutczyna. Tu mamy dwie opowieście z jego rysunkami. W sumie otrzymujemy 10 opowiastek różnych autorów i ilustratorów. Tym razem nie ma żadnych historii o kocie Filemonie, co zdążył zauważyć pewien spostrzegawczy czterolatek, a jego zdaniem to spory błąd.

Wprawdzie można się domyślić, że opowieści powstawały dawno temu – np. mamy PRLowską milicję i nieaktualne znaki drogowe, ale dzieci raczej tego nie zauważają, a dla rodziców to sentymentalne wspomnienia. Kto obecnie spotyka konie w mieście? Chyba, że mamy jakiś zlot miłośników koni, kucyków, czy zwierząt wiejskich.

Historyjki są spokojne, ale wzbudzają zainteresowanie najmłodszych. Z zaciekawieniem potrafią wysłuchać całego opowiadania i domagać się kolejnego. Do tego również im podobają się ilustracje, choć są zupełnie inne niż te w duchu disneyowskim.

Jednego można być pewnym. Jeżeli ktoś spotkał się z serią Poczytaj mi mamo, nie musi być zachęcany do kupna tej księgi. Szkoda tylko, że cena jest już taka przystępna jak w czasach PRLu. Za to nie trzeba stać po kilka godzin w kolejce, żeby ją zdobyć.

Sentymentalna podróż w czasie

Poczytaj mi mamoWystarczy zerknąć na okładkę, a już zaczyna się powrót do dzieciństwa. Przedstawia ona znane każdemu trzydziestolatkowi hasło – poczytaj mi mamo. O tak, nie tylko my czytamy swoim dzieciom – nam też czytano, skoro do dziś pamiętam te historie przedstawione i odnalezione w tym opasłym tomisku. Nie mieliśmy takiego wyboru w tytułach więc każda, kolorowa książeczka trwała z nami tak długo – dopóki się nie porozapadła. Rodzice kupowali książeczki, ale pewnie po chwili już żałowali, bo musieli czytać co chwilę. Ciekawe dlaczego nauczyli mnie tej sztuki jak miałam pięć lat? Wtedy ich życie stało się łatwiejsze. Rola rodzinnego lektora przypadła nikomu innemu – tylko mnie.

Charakterystyczne logo pojawiało się – z tego co pamiętam na końcu, ale może nie było takiej reguły, a tylko pamięć płata figle? Chociaż w sumie mam rację, bo po każdej historii pojawia się rysunek tyłu okładki.

Oprócz pięknie wydanych dziesięciu historyjek, na końcu książki pojawiają się biogramy autorów historyjek i plastyków, którzy wykonali ilustracje. Doskonale pamiętam historię o daktylach, autorstwa Danuty Wawiłow i charakterystycznymi ilustracjami Edwarda Lutczyna. Zabrakło tylko opowieści typowo propagandowych. Nie wiem dlaczego ciągle pamiętam historię o chłopcu, który zginął w czasie wojny, bo chciał uratować sztandar. Zielona okładka i kwiaty przewiązane biało-czerwoną wstęgą – prawdziwy PRL.

Tylko przez te sentymenta, to coraz mniej chętnie chcę się rozstać z tą książką. W końcu kupiłam ją głównie z myślą o sobie, a nie tylko o dzieciach. Nie oddam jej bez walki. No i czekam na drugi tom. Ponoć już wkrótce.