Jeśli dziecko lubi utożsamiać się z bohaterem, mamy sporo serii do wyboru. Jest ich tak dużo, ze trudno się połapać. Zwłaszcza, że stworzono postaci dla każdej kategorii wiekowej. My trafiliśmy na „Basię” już wcześniej. Była to historia opowiadająca o nowym koledze z Haiti. Wtedy okazało się, że seria nie należy do kategorii książek popularnych, a jednocześnie zbyt przesłodzonych, mało wartościowych, bo nastawionych jedynie na przyciąganie najmłodszych klientów za pomocą kolorowych obrazków.
Tym razem sięgnęliśmy po „Basię i upał w zoo”. Akurat temat bardzo nam odpowiadał. Wprawdzie nie byliśmy w zoo, a w fokarium, ale i tak blisko nam było do tematyki zwierzęcej. Tytułowa bohaterka marzy o zwierzaku. Na nic się zdają tłumaczenia rodziców, że z tego wynikają same kłopoty. Pupile mogą brudzić, hałasować, trzeba sie nimi zajmować w odpowiedzialny sposób. Basia podczas wyprawy z tatą do zoo szuka odpowiedniego dla siebie zwierzęcia. Okazuje się, że trudno jest znaleźć takie, które spełniłoby wszystkie wymagania postawione przez rodziców.
Wprawdzie książeczka dotyczy wycieczki do zoo, ale równie dobrze mogłaby mieć tytuł „Basia szuka zwierzątka domowego”. Właśnie ta myśl jest motywem przewodnim opowieści. Historia nie jest oderwana od rzeczywistości, ponieważ odnosi się do świata bliskiego dzieciom. Nikt nie udaje, że rodzice mogą być zmęczeni, mają swoje wady i słabości – np. mamie Basi puchną nogi, ponieważ spodziewa się dziecka. Dlatego też nie chce się łatwo zgodzić na zwierzątko.
Książka o Basi zainteresowała moich domowych słuchaczy. Pięcioletni syn utożsamiał się z dziewczynką – ponieważ bohaterka jest w podobnym wieku. Natomiast ośmioletnia córka mocno kibicowała Basi w poszukiwaniach właściwego zwierzaka.
Plusem książki są świetne ilustracje: pociągnięte grubą kreską, z wyrazistymi, ale nieprzesłodzonymi kolorami. Nawiązują do treści, a jednocześnie zmuszają małego odbiorcę do skupienia uwagi, gdyż co krok czekają na niego niespodzianki. Dają też szansę dzieciom na uruchomienie wyobraźni. Można nawet zabawić się w odszukiwanie poszczególnych elementów związanych z treścią książki. Moim dzieciakom spodobał się zając robiący bobki – nie ma idealizowania zwierząt, one przecież też wydalają. Zaintrygował je również waran, jaszczurki i węże.
Ważny jest język, w którym napisano Basię. Przypomina on naturalną mowę. Nie ma sztucznych, zgrzytających zdań. Sporo tu żywych dialogów. Dlatego dzieciaki słuchają opowieści bardzo uważnie. Po prostu chce się tego słuchać. I jeszcze słowo o kategoriach wiekowych. Sprawdziłam książeczkę na trzylatce. Uważnie śledziła wydarzenia, zainteresowała ją historia. Seria może trafić i do starszych dzieci, które zaczynają przygodę z samodzielnym czytaniem. Litery są duże i wyraźne. A historia nie jest zbyt obszerna, za to urozmaicona ilustracjami oraz zabezpieczona przed zniszczeniem, ponieważ posiada grubą oprawę. Wartościowa, ale bez zbędnego idealizowania, a przez to wiarygodna.

