„Kiedy kiedyś, czyli Kasia, Panjan i Pangór” – Jarosław Mikołajewski

Panjan i PangórPodczas spotkania blogerów książkowych (i pisarzy): A może (znów) nad morze? Z książką 2 otrzymaliśmy od wydawnictwa Literacki Egmont książkę dla dzieci Jarosława Mikołajewskiego pt. „Kiedy kiedyś, czyli Kasia, Panjan i Pangór”. Przyznam, że bardzo zaintrygowała mnie okładka i sam tytuł. Wnętrze okazało się równie interesujące.

Dzieci często wiedzą więcej, niż nam się wydaje. Kiedy jednak czegoś nie rozumieją, pytają. Tak właśnie się dzieje z tytułową Kasią, która obserwuje swojego sąsiada. Zauważa, że pan Jan się zmienił. Miał mało włosów, teraz nie ma ich wcale. Nagle zaczął tracić pamięć, na jego czole pojawił się plaster i dziwne siniaki. Staruszek ciężko choruje.

„Kiedy kiedyś” to historia oswajająca dzieci ze śmiercią. Jarosław Mikołajewski pisze o niej w sposób niezwykle poetycki, ale też pokazuje, że jest ona czymś naturalnym. Mała Kasia obserwuje zmiany, które zachodzą w ciele pana Jana. A staruszek tłumaczy dziewczynce, co się będzie z nim działo. Przygotowuje ją na coś, co jest nieuchronne, ale nigdy nie używa słowa śmierć.

Mężczyzna po swoim odejściu zostawia dziewczynce list. Tłumaczy w nim, że wyruszył na spotkanie z Pangórem, którego nie widział od osiemdziesięciu lat. Na koniec zostawia Kasi wizerunek swego przyjaciela i prosi, by pokolorowała rysunek. Pokazuje w ten sposób dziewczynce, jak bardzo była ważna dla niego. Nawet po swoim odejściu, pozostanie przecież przyjaźń. A może coś jeszcze?

Książka Jarosława Mikołajewskiego pozostawia przed czytelnikami kilka otwartych dróg na interpretację. Dlatego dzieci powinny po jej lekturze porozmawiać o tej historii z rodzicami. Przyznam, że moja córka nie do końca wiedziała, co może oznaczać spotkanie z Pangórem. Za to podczas wspólnego czytania maluchy zadawały strasznie dużo pytań. Chciały dokładnie wiedzieć, co takiego dzieje się z panem Janem, dlaczego wygląda tak, a nie inaczej? Najważniejsze okazało się zakończenie. Szukały odpowiedzi na to, co oznacza list i zrozumiały, że staruszek odszedł. Jednak dzięki temu, że spotkał Pangóra, nie czuły się tak smutne, jak mogłoby się wydawać. Wzruszeń jednak nie brakowało.

Myślę, że warto czytać dzieciom tak wyjątkowe książki. Do tej pory szwedzcy pisarze byli dla nas tymi, którzy uczyli, jak przełamywać tabu. W tym przypadku okazało się, że Polski autor świetnie sobie poradził z tak trudną tematyką, jaką jest śmierć, bo można pisać o tym w sposób prosty i naturalny, pozwalając maluchom na całą gamę uczuć. Natomiast rewelacyjne ilustracje Doroty Łoskot-Cichockiej świetnie uzupełniają tekst. Dzieci intrygowała zastosowana technika, podobał im się kolaż, połączenie szkicu z obrazem namalowanym farbą oraz dodanie wycinanki. Kolory w ilustracjach są stonowane, ilustratorka użyła niewielu barw. Już czterolatkom można czytać tę książkę, ale starsze dzieci po lekturze „Kiedy kiedyś” też mogą z niej sporo się dowiedzieć na temat odchodzenia. W końcu to część naszej egzystencji.

Czytamy „Basię” – „Basia i upał w zoo” Z. Stanecka i M. Oklejak

Basia i upał w zooJeśli dziecko lubi utożsamiać się z bohaterem, mamy sporo serii do wyboru. Jest ich tak dużo, ze trudno się połapać. Zwłaszcza, że stworzono postaci dla każdej kategorii wiekowej. My trafiliśmy na „Basię” już wcześniej. Była to historia opowiadająca o nowym koledze z Haiti. Wtedy okazało się, że seria nie należy do kategorii książek popularnych, a jednocześnie zbyt przesłodzonych, mało wartościowych, bo nastawionych jedynie na przyciąganie najmłodszych klientów za pomocą kolorowych obrazków.

Tym razem sięgnęliśmy po „Basię i upał w zoo”. Akurat temat bardzo nam odpowiadał. Wprawdzie nie byliśmy w zoo, a w fokarium, ale i tak blisko nam było do tematyki zwierzęcej. Tytułowa bohaterka marzy o zwierzaku. Na nic się zdają tłumaczenia rodziców, że z tego wynikają same kłopoty. Pupile mogą brudzić, hałasować, trzeba sie nimi zajmować w odpowiedzialny sposób. Basia podczas wyprawy z tatą do zoo szuka odpowiedniego dla siebie zwierzęcia. Okazuje się, że trudno jest znaleźć takie, które spełniłoby wszystkie wymagania postawione przez rodziców.

Wprawdzie książeczka dotyczy wycieczki do zoo, ale równie dobrze mogłaby mieć tytuł „Basia szuka zwierzątka domowego”. Właśnie ta myśl jest motywem przewodnim opowieści. Historia nie jest oderwana od rzeczywistości, ponieważ odnosi się do świata bliskiego dzieciom. Nikt nie udaje, że rodzice mogą być zmęczeni, mają swoje wady i słabości – np. mamie Basi puchną nogi, ponieważ spodziewa się dziecka. Dlatego też nie chce się łatwo zgodzić na zwierzątko.

Książka o Basi zainteresowała moich domowych słuchaczy. Pięcioletni syn utożsamiał się z dziewczynką – ponieważ bohaterka jest w podobnym wieku. Natomiast ośmioletnia córka mocno kibicowała Basi w poszukiwaniach właściwego zwierzaka.

Plusem książki są świetne ilustracje: pociągnięte grubą kreską, z wyrazistymi, ale nieprzesłodzonymi kolorami. Nawiązują do treści, a jednocześnie zmuszają małego odbiorcę do skupienia uwagi, gdyż co krok czekają na niego niespodzianki. Dają też szansę dzieciom na uruchomienie wyobraźni. Można nawet zabawić się w odszukiwanie poszczególnych elementów związanych z treścią książki. Moim dzieciakom spodobał się zając robiący bobki – nie ma idealizowania zwierząt, one przecież też wydalają. Zaintrygował je również waran, jaszczurki i węże.

Waran                         Zajączek

Ważny jest język, w którym napisano Basię. Przypomina on naturalną mowę. Nie ma sztucznych, zgrzytających zdań. Sporo tu żywych dialogów. Dlatego dzieciaki słuchają opowieści bardzo uważnie. Po prostu chce się tego słuchać. I jeszcze słowo o kategoriach wiekowych. Sprawdziłam książeczkę na trzylatce. Uważnie śledziła wydarzenia, zainteresowała ją historia. Seria może trafić i do starszych dzieci, które zaczynają przygodę z samodzielnym czytaniem. Litery są duże i wyraźne. A historia nie jest zbyt obszerna, za to urozmaicona ilustracjami oraz zabezpieczona przed zniszczeniem, ponieważ posiada grubą oprawę. Wartościowa, ale bez zbędnego idealizowania, a przez to wiarygodna.

Veni, vidi… – Może nad morze?

Dwie blogerki: Bookfa i Cowartoczytac zorganizowały wczoraj rewelacyjne spotkanie blogerów książkowych. Odbyło się ono w Zatoce Sztuki w Sopocie. I ja tam byłam, i pyszne babeczki (od sponsorów z Literackiego Sopotu) jadłam.

Organizatorki zapewniły nam świetne miejsce na pogaduchy, dużo pozytywnych emocji, cudowne towarzystwo. Oczywiście zapomniałam aparatu, ale zostałam obfotografowana, więc może ktoś mnie znajdzie… A jak na święto miłośników książki przystało, będzie o lekturach. Bookfa i Cowartoczytać nie zapomniały o tym, co lubimy najbardziej. Dlatego wszystko działo się wokół książek. Miałyśmy okazję wymienić się lekturami (zainteresowały one samego Kubę Wesołowskiego), podczas bookchange. Organizatorki zapewniły nam kolejne atrakcje. Dzięki sponsorom – Literackiemu Egmontowi, MG, Audiotece – urosły nam stosiki z książkami. Czegóż chcieć więcej? Nawet dzieciaki skorzystały, ponieważ otrzymaliśmy kilka książeczek z serii o Basi.

A jednak najważniejsza była atmosfera. Nagadałyśmy się, choć potrzebowałybyśmy kilku dni, żeby wyczerpać wszystkie tematy. Za udział w „Konkursie pachnącym lawendą”, otrzymałam nagrodę od Ewy Formelli, autorki książki „Lawenda”  – dziękuję. Świetne zdjęcia zrobiła nam Ana Matusevic, za nie bardzo chciałabym również podziękować. No i czekam na kolejne spotkania…

Basia i kolega z Haiti

Basia i kolega z HaitiTom „Basia i kolega z Haiti” Z. Staneckiej i M. Oklejak powstał dla szczytnych celów. Część dochodu ze sprzedaży książeczki zasila Fundację Polska-Haiti, która wspiera rozwój edukacji na Haiti oraz działa na rzecz tolerancji i otwartości. Seria została wyróżniona w konkursie ?Świat przyjazny dziecku? oraz polecana jest przez miesięcznik „Dziecko”. Dlatego właśnie postanowiliśmy się zapoznać z „Basią”.

Do przedszkola tytułowej bohaterki przychodzi nowy kolega. Różni się od pozostałych dzieci ciemnym kolorem skóry i tym, że nic nie mówi. Basia chciałaby go bliżej poznać, ale chłopiec większą część dnia spędza pod stołem, rysując smutne ilustracje. Dziewczynka nie rozumie, dlaczego tak się dzieje. Ponadto jest zazdrosna, bo jej przyjaciólka postanawia towarzyszyć Titiemu.

Basia strasznie się złości na Anielkę i nowego kolegę. Problem rozwiązuje mama, wyjaśniając dziewczynce, skąd pochodzi Titi, co mu się przytrafiło, dlaczego chłopczyk jest taki zamknięty w sobie. Postanawiają, że zaproszą go i Amelkę do domu Basi.Tam chłopczyk się otwiera i zaprzyjaźnia z Basią.

Książka Z. Staneckiej i M. Oklejak  podejmuje trudne problemy nie owijając niczego w bawełnę, tylko przybliżając temat i wyjaśniając go w najprostszy z możliwych sposobów. Opowiedziano w niej czym jest inność. Historia w delikatny sposób odkrywa przed najmłodszymi problemy współczesnego świata. Nie zamiata się ich pod dywan, tylko przedstawia, co przytrafia się dzieciom w innych rejonach świata i co my możemy z tym zrobić.

„Basia…” nie tylko uczy tolerancji. Dzieci dowiadują się jak traktować „innego”, czego nie powinny robić, by go nie urazić. Uczą się wrażliwości i empatii. Niekiedy przecież nie mają pojęcia o tym, że istnieją trzęsienia ziemi, a ludzi spotykają tragedie, które zostawiają po sobie ślad. Dowiadują się, jak można pomóc, kto się tym zajmuje i w jaki sposób.

Książka polecana jest dzieciom powyżej piątego roku życia. Wprawdzie ma niewiele stron i siedmiolatka czuła pewien niedosyt, to młodszy – prawie pięciolatek – też bardzo zainteresował się tą historią. Oboje dopytywali oczywiście, czy i nam może się coś takiego przytrafić. Uczyli się wielu nowych rzeczy – prócz tolerancji, wrażliwości, dzieciaki poznały prozaiczne sprawy – gdzie leży Haiti, kto tam mieszka. Historia nadaje się do samodzielnego czytania dla początkujących czytelników, gdyż ma duże litery, a pewne zdania wydrukowano większą czcionką w czerwonym kolorze. Ilustracje przemówiły do dzieci, pomagały im zrozumieć czytany tekst i wiele wyjaśniały. Dorośli też nabywają pewnych umiejętności po lekturze „Basi i kolegi z Haiti” – jak rozmawiać z maluchem, gdy pojawi się podobny problem.

Psotny Franek uczy czytać

Psotny FranekDzieciaki chcą, aby co wieczór im czytać. Jeśli taka czynność ma miejsce systematycznie, przez całe ich życie, wtedy jakiekolwiek odstępstwo od reguły może być niezwykłe. Tak jakby nie dostać obiadu, albo kolacji. Chociaż może niedokładnie. Bo fakt, że maluchy nie zjedzą jakiegoś posiłku zdarza się częściej. Przynajmniej w naszym domu. Jednak nadchodzi taki dzień, kiedy dzieciaki chcą czegoś więcej – bo skoro mama i tata potrafią sami czytać – dlaczego oni nie?

Nauka czytania przychodzi naturalnie, jeśli kilkulatek ma książki wokół siebie. Córka odkąd nauczyła się mówić, co chwilę pytała o literki. Naturalnym więc było, że umiejętność czytania opanowała sama. A co zrobić z niepokornym niespełna pięciolatkiem? Żadnego zainteresowania literkami… Słowo czytane przez rodzica jest w pełni akceptowane. Wieczorny rytuał czytania – rzecz święta, więc skupienie musi być. Co z tymi literkami? Jak zachęcić malucha? W przypadku synka wydawało się to niemożliwe. A jednak…

Najpierw zainteresował się literami ze swego imienia, potem kolejnych członków rodziny. Teraz trafiliśmy na serię książeczek polecaną przez wielu internautów. I się zaczęło…

„Psotny Franek” Agnieszki Frączek jest właśnie taką pozycją, która ma zachęcać do nauki samodzielnego czytania. Książka należy do serii Czytam sobie, czyli trójstopniowego programu wspierającego edukację w samodzielnym składaniu słów. Wydawnictwo postarało się, by w przedsięwzięciu wzięli udział wybitni i znani pisarze.

Wybraliśmy poziom 1, czyli  – Składam słowa. Tekst ma zaledwie 150 do 200 słów, ułożonych w krótkie zdania. Zastosowano tylko podstawowe głoski w tekście czytanym, są też ćwiczenia głoskowania. Uważam, że da się napisać tekst bez użycia dwuznaków, ale żeby on był interesujący, jest już nie lada wyzwaniem.  Agnieszce Frączek udało się napisać zabawną historyjkę o kruku, który udawał papugę oraz nieźle psocił.

Dla dzieciaków rozpoczynających naukę czytania ważnym będzie fakt, że litery w tekście są w miarę duże – choć mogłyby być odrobinkę większe. Tym, co najbardziej zachęca do czytania, jest nagroda znajdująca się na końcu książki – naklejki i dyplom. A wiadomo, jak ważna może być odpowiednia motywacja. Na ile dziecko zrozumiało tekst można się dowiedzieć, zadając pytania umieszczone wewnątrz okładki.

W „Psotnym Franku” warte podkreślenia są ilustracje Joanny Rusinek. Właśnie takie powinny być obrazki dla początkującego miłośnika słów – bez krzykliwych kolorów, za to zgodne z tekstem, a nawet żartobliwe. Książeczkę przyjemnie się czyta i ogląda. Wysoki poziom szaty graficznej pokazuje, że młody czytelnik potraktowany został poważnie. Najważniejsze jednak, że książka podoba się nie tylko rodzicom…