Najpierw była kłótnia – kto przejmie tę książkę. Syn ją chciał, a i córka mocno się jej domagała. Odpowiedź, że jest wspólna, nikomu nie odpowiadała, bo który kilkulatek nie chciałby zostać szpiegiem? Jak się okazało i dziewczyny mogą mieć podobne pragnienia. Za sprawą tej opowieści mieliśmy okazję przeżyć sceny godne Jamesa Bonda, z tym że w wersji dla trzecioklasistów.
Główny bohater jest zwyczajnym chłopcem. Chodzi do szkoły, ma przyjaciół. Jednak wszystko się zmieni, kiedy dowie się, że goście, którzy przychodzą do nich w odwiedziny, być może są z kontrwywiadu. Pozornie mama Mieszka spotkać się ma z koleżanką i jej córką Marceliną. Normalnie w takiej sytuacji nie sposób namówić chłopca do sprzątania i pomocy. Jednak kiedy Mieszko dowie się, że właśnie zaczyna z tatą misję szpiegowską, wszystko ulega zmianie. Pokój posprzątany zostanie w mig, aż mama nie będzie mogła uwierzyć własnym oczom. Tyle, że tylko ojciec i syn są wtajemniczeni w akcję szpiegowską. Im mniej wie mama, tym lepiej – dla jej własnego bezpieczeństwa oczywiście.
Na szczęście Marcelina okaże się zwykłą dziewczynką, więc dzieci mogą się normalnie pobawić. Choćby w wybuch wulkanu. Tylko, dlaczego ich rodzicom nie podoba się, że wykorzystały do zabawy piasek z doniczki jako lawę? Mama kończąca zabawę, nie rozumie też, że skazuje sporą grupę ludzi na zagładę, bo Mieszko z Marceliną muszą porzucić akcję ratunkową i zająć się sprzątaniem.
Chłopczyk jak widać posiada niczym nieograniczoną wyobraźnię. Tyle, że przez nią popada w coraz większe tarapaty. Jego koleżanka zostawi u niego w domu jedną ze swoich lalek. Kiedy tata Mieszka uświadomi synowi, że istniały kobiety zajmujące się szpiegostwem, lalka Marceliny zostanie Matą Hari. Niestety, przyjaciele chłopca widzą w niej tylko i wyłącznie zabawkę dla dziewczynek i wtedy zaczną się zmartwienia Mieszka. Kiedy jednak chłopiec zapragnie mieć więcej kobiet szpiegów, wpadnie w kłopoty po same uszy. Ukradnie ze świetlicy trzy niepotrzebne nikomu lalki, a następnie ukryje je w domu. Przyjaciele szybko je odkryją, a potem doniosą dorosłym. Mieszko nie chce wtajemniczać mamy, więc musi poczekać na powrót ojca. Ten jednak bierze sprawy we własne ręce i sprawia, że nagle wszyscy chłopcy chcą mieć laki – o, przepraszam – tajne agentki.
Historia Mieszka byłaby zwykłą opowiastką o chłopcu, gdyby nie to, że w zabawny sposób udowadnia, iż każdy ma prawo do własnych wyborów. Chłopcy i dziewczynki mogą się bawić czym tylko chcą, byle po swojemu. Jak niewiele trzeba, by rozbudzić wyobraźnię dziecka. Książka uczy tolerancji, pokazuje jak żyć w zgodzie z własnymi przekonaniami. I co zrobić, by świetnie się bawić – zawsze i wszędzie. Moje pociechy oczywiście złapały bakcyla. Słuchały opowieści z wypiekami na twarzy. Sporo się dowiedziały na temat szpiegostwa. Trochę się bałam, że sześciolatek niewiele zrozumie z tej powieści, bo wydawca sugeruje, że odbiorcami mogą zostać dzieci od dziewiątego roku życia, ale mogę śmiało polecić tę książkę również młodszym czytelnikom.
Główny bohater ma świetną relację z ojcem, którego nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Autorka odwołała się też do współczesnych polskich realiów i dzieci czują się podczas czytania tej opowieści, jak we własnym domu. A kto dostanie książkę? Nadal oboje jej pragną, więc szukamy jakiegoś salomonowego wyroku rozwiązującego ten problem…
Dziękujemy Czarnej Owieczce za książkę.