„Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” – Richard Fari?a

Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej

Choć książka Richarda Fari?y: „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” została wydana w 1966 roku, jednak dopiero teraz polscy czytelnicy mogą po nią sięgnąć. Wydawnictwo Officyna postanowiło uzupełnić lukę czytelniczą związaną z kontrkulturą. Wiele książek wydanych w Ameryce w latach sześćdziesiątych nie dotarło do polskich odbiorców z racji czasów w jakich żyliśmy, ale teraz stopniowo mamy okazję się z niektórymi zapoznać.

Powieść „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” Richarda Fari?y zyskała status kultowej. Jej autor był również muzykiem i wokalistą. Niestety, zginął w wypadku motocyklowym, zaledwie dwa dni po opublikowaniu opisywanej przeze mnie książki. Fari?a nie stał się może tak słynną postacią jak James Dean, ale łatwo zauważyć pewne analogie. Przystojny, świetnie się zapowiadający artysta i buntownik, ginie w młodym wieku, stając się ikoną popkultury.

Głównym bohaterem powieści jest Gnossos Pappadopoulis, którego nazwisko natychmiast przywołuje skojarzenia z „Paragrafem 22” J. Hellera. Już na pierwszych stronach zostajemy wrzuceni na głęboką wodę, gdyż styl Fari?y oszałamia. Główna postać mówi o sobie: „Jestem niewidzialny (…). I Wolny. Przyznano mi Immunitet, gdyż nie tracę nad sobą kontroli. Biegun swój wybieram aktem woli, bowiem nie jestem zjonizowany i nie posiadam wartościowości. Możecie nazwać mnie obojętnym i niewyróżniającym się, lecz strzeżcie się, bom jest Cień gotowy do zmącenia jasności umysłów człowieczych.” (s.12). Żeby zrozumieć treść książki należy mocno się wysilić. Dlatego książkę pochłania się powoli.

Gnossos to porte-parole autora. Anarchista, który wraca na studencki campus (lata sześćdziesiąte) i decyduje się na podjęcie walki z ludźmi, którzy próbują ograniczyć wolność studentów. Pappadopoulis choć żyje chwilą, alkoholem, narkotykami, przypadkowymi kontaktami z dziewczętami, jednocześnie rzuca rękawicę ludziom, którzy za główny cel stawiają sobie obronę moralności.

Bohater buntuje się nie tylko przeciwko zasadom campusowego świata, odrzuca również powszechnie utarte wartości. W głębi duszy marzy jednak o prawdziwej miłości, jak każdy młody człowiek. Wprawdzie spotyka się ze studentkami, jednak uważa się za dziewicę, bo mimo licznych kontaktów seksualnych, wciąż nie może znaleźć prawdziwej miłości. Psychodeliczna podróż, którą przebywa Gnossos, staje się pewnego rodzaju przewodnikiem po kontrkulturze. Fari?a portretuje ludzi, niektórzy potrafili nawet odnaleźć w powieści prawdziwych studentów i wykładowców Cornell University. Dzisiaj to się zatarło, a my mamy możliwość poznawania tamtej epoki.

Tematem głównym staje się w książce młodość i bunt. Bohaterowie sprzeciwiają się zastanym normom, chcą budować świat na własnych zasadach. Pragną miłości i wolności, a jednocześnie wciąż są bardzo niedojrzali. Przez całą powieść czytają sobie na głos „Kubusia Puchatka”, jeden z bohaterów nosi imię Heff. W decydującym momencie okaże się, że Gnossos nie zna jego prawdziwego imienia i nazwiska, choć uważa Heffalumpa za swego przyjaciela.

Skutki niczym nieograniczonej wolności prowadzić mogą do klęski. Już sam tytuł: „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej” to sugeruje. Zanim jednak po kryzysie nastąpi uspokojenie, czytelników czeka jazda bez trzymanki z bohaterami tej powieści. Dzisiaj wciąż łatwo sobie wyobrazić, jak oburzać mogła ta książka. O narkotykach, erotyce i łamaniu zasad moralnych tak się nie pisało, bo było obrazoburcze. Fari?a wybrał styl satyryczny i prześmiewczy. Książka nie jest łatwa w odbiorze, ale stała się już klasykiem i pozycją obowiązkową dla miłośników lat sześćdziesiątych. Pokazuje w jakich czasach działali tacy jak Jack Kerouac oraz Ken Kesey. Inny wybitny pisarz Thomas Pynchon zadedykował Fari?ie – zresztą koledze ze studiów – swoją książkę „Tęczę grawitacji. Pisarz był blisko największych – nawet Bob Dylan wydawał się wtedy być mniejszym talentem, niż autor „Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej”. Śmierć Richarda Fari?y skreśliła pokładane w nim nadzieje.

Dziękuję Wydawnictwu Officyna za książkę.

Lata sześćdziesiąte – Jenny Diski

jennydiski okladka_3.inddUwielbiam muzykę lat sześćdziesiątych. Uważam, że tworzyli wtedy genialni artyści. Zachwyciła mnie nie tak dawno temu książka Patti Smith, pt. „Poniedziałkowe dzieci”, w której wiele się mówi o tej dekadzie. Jednak, czy wiem, co wtedy kształtowało młodych buntowników? Myślę, że moją nieco chaotyczną wiedzę może uzupełnić nowa seria z Wydawnictwa Officyna, nosząca nazwę „Twarze kontrkultury”.

Pierwszy tytuł „Lata sześćdziesiąte” Jenny Diski został wybrany nie bez powodu. Oto osoba opowiada o latach swojej młodości, którą przeżyła właśnie w tamtych czasach. A jej historia to typowy, wręcz klasyczny przykład buntowniczki i kontestatorki, której nie było obce hasło: sex, drugs & rock’n’roll.

Jenny Diski wspomina lata sześćdziesiąte z pewnym sentymentem, ale nie mitologizuje i nie wynosi na piedestał tamtych idei. Potrafi na nie spojrzeć trzeźwym okiem. Nie boi się krytykować, szuka odpowiedzi na pytanie, jak na dalsze losy świata wpłynęły lata sześćdziesiąte.

Niemal wszystkie mity zostały przez autorkę obalone. Przede wszystkim podejście do seksu. Bohaterka opisując swoje doświadczenia wspomina, że została kilka razy zgwałcona, gdyż niektórzy mężczyźni nie rozumieli słowa „nie”. Kobieta nadal bywała traktowana przedmiotowo, a rewolucja seksualna dawała najwięcej korzyści płci męskiej.

Skrytykowany został również indywidualizm jednostki. Diski uznała, że stał się on źródłem zła w latach osiemdziesiątych, gdyż przyczynił się do powstania modelu konsumpcyjnego. Przez to dwadzieścia lat później hasło być zastąpiło mieć. Autorka nie popiera indywidualizmu wolnorynkowego z czasów M. Thatcher, ale według niej winę ponoszą właśnie lata sześćdziesiąte.

Pisarka opisując zjawiska, mechanizmy zawsze zaczyna od swoich osobistych, niekiedy intymnych doświadczeń. Na początku pisze o modzie, która w tamtych czasach miała olbrzymie znaczenie, bo określała do jakiej subkulury należy taki młody człowiek. J. Diski nie krytykuje muzyki, ją uznaje za najważniejsze osiągnięcie tamtej dekady.

Autorka opisuje czasy swej młodości z angielskiego punktu widzenia. Nie skupia się na zjawiskach ogólnoświatowych. Mieszkając w Londynie doświadczyła rewolty, ale mało upolitycznionej. Ważniejszy był dla niej wtedy swingujący Londyn, niż wydarzenia ze świata, które później przeszły do historii. Wtedy, istotne w kontrkulturze, z punktu widzenia młodego Anglika, było odróżnienie się od dorosłych, choćby strojem, czy możliwością sięgania po narkotyki. Tyle, że od próby wyglądania inaczej, zaczęły się pozostałe „inności”. Następna była rewolucja w polityce, szkole i w psychiatrii.

Autorka książki szuka „złotego środka” opowiadając o epoce lat sześćdziesiątych. Poddaje te czasy krytyce, ale nie zapomina o tym, co dobrego nam dały. Dzięki ironicznemu spojrzeniu na tę dekadę, poznajemy ciekawy, bo mało stereotypowy, punkt widzenia. Kilkadziesiąt lat dystansu również swoje robi. Z jednej strony mamy do czynienia ze świadectwem, a z drugiej z analizą i krytyką. Nie ze wszystkim trzeba się zgadzać czytając tę książkę, choć przedstwia ona ciekawy punkt widzenia. Po przeczytaniu tej pozycji niecierpliwie czekam na kolejne tytuły z tej serii. Następne będą „Wspomnienia bitniczki” Diane di Primy. Mam nadzieję, że będzie to równie ważny i interesujący głos, jak ten przedstawiony przez Jenny Diski.

Dziękuję Wydawnictwu Officyna za książkę „Lata sześćdziesiąte”.