Izraelski pisarz, Dawid Grosman, nie tak dawno temu gościł w Polsce. Wtedy również premierę miał tytuł „Wchodzi koń do baru”, który możemy poznać dzięki wydawnictwu Świat Książki. Do tej pory na język polski przetłumaczono osiem powieści tego autora. Mnie samej bardzo odpowiadają książki Dawida Grosmana. Świetna okazała się „Patrz pod: Miłość”, której jednym z bohaterów był Bruno Schulz. Równie ciekawa była powieść „Księga gramatyki intymnej”.
Z pewnością nikomu nie jest obcy stand-up. W powieści „Wchodzi koń do baru” głównym bohater jest komikiem i właśnie prowadzi na scenie monolog przed publicznością. Tyle, że przedstawienie różni się od tych, które znamy. Okazuje się, że dowcipy są mało wyszukane, a komik – Dowale Gee, opowiada historię swojego życia. Bohater znajduje się w izraelskim mieście, w Netanji. Do klubu zaprosił swego przyjaciela z dzieciństwa, który ma za zadanie ocenić Dowale. Nie bez znaczenia jest, że Awiszaj był sędzią.
Występ niskich lotów działa na publiczność w różny sposób. Jedni wychodzą, inni czują się zaintrygowani wypowiedziami komika. Dowale zamiast typowej komedii daje słuchaczom opowieść o swoim życiu. Niektórzy nie widzą w tym jednak nic zabawnego, a przecież do klubu przyszli się rozerwać. Wytrwają nieliczni, ale będą mieli okazję poznać życie showmana. Kogoś, kto wzbudza sprzeczne uczucia: od odrazy po współczucie.
Dowale Gee nie miał łatwego życia. Rówieśnicy źle go traktowali, bo był mikrusem. Przed przemocą bronił się chodząc na rękach. Była to forma ucieczki, ale też sposób na rozbawianie innych, zwłaszcza matki, która cierpiała na depresję. Rodzice Dowalego nie byli ze sobą blisko. Każdy w tej rodzinie czuł się samotny, ale też przepełniony lękiem. Strach cały czas im towarzyszył, zwłaszcza chłopcu, który nie wiedział, czy zdoła zrozumieć otaczający go świat.
Obawy jeszcze narastają, kiedy czternastolatek musi po raz pierwszy opuścić bliskich, by udać się na obowiązkowy obóz wojskowy. Jak na ironię losu, właśnie wtedy dowiaduje się, że musi jechać na pogrzeb. Nikt jednak nie informuje go, kto zmarł. Chłopak ma tylko rodziców, więc podczas wielogodzinnej podróży zastanawia się, kogo stracił. Postanawia wybrać, ale znajduje się w sytuacji podbramkowej. Nie istnieje dobre wyjście z tej sytuacji i bohater czuje, że kogoś zdradza.
Książka „Wchodzi koń do baru” w zasadzie jest monologiem Dowale. Słyszymy kiepskie dowcipy o Arabach, Żydach i kobietach. Główny bohater nie sili się na poprawność polityczną. Dla wielu widzów dowcipy są zbyt żenujące, ale przyjaciel z dzieciństwa dopiero po jakimś czasie zaczyna rozumieć, co Dowale chce mu przekazać. Widzimy człowieka samotnego i doświadczonego, ale czy na tyle silnego, by dalej walczyć z losem? Tak naprawdę komik odsłania się przed dawnym przyjacielem, by ten zobaczył go w innym świetle. Czy Dowale pokazuje prawdziwe oblicze? Awiszaj dopiero teraz zrozumie, że w ogóle nie znał przyjaciela z dzieciństwa.
„The Show Must Go On” – nawet jeśli jest spowiedzią przed sędzią. Dowale doprowadzi pokaz do końca. Przed tym co najbardziej rani, zostajemy znieczuleni za sprawą żartów w wykonaniu komika. Jednak między wierszami wyłania się naprawdę bolesna historia. To opowieść o człowieku dorastającym wśród ludzi naznaczonych Holocaustem, którzy nie potrafili sobie z tym poradzić. Następne pokolenia powielają te lęki, tyle że ich nie rozumieją.
Powieść „Wchodzi koń do baru” zaskakuje, gdyż Dawid Grosman połączył dwie sprzeczne sprawy. Z jednej strony otrzymujemy smutną historię, a z drugiej żart. Śmiech daje możliwość obrony przed tym, co najbardziej bolesne, ale łatwo wpaść w pułapkę i zostać uznanym za kogoś niepoważnego. Czytelnicy mają okazję posłuchać komediowego występu, ale zobaczymy Dowale oczyma sędziego. Poznamy niezwykle interesującą, choć bolesną historię o samotności, zdradzie, traumie oraz żałobie. Najnowsza powieść Dawida Grosmana trzyma czytelnika w napięciu do ostatnich stron, choć nie ma nic wspólnego z thrillerem, bo tu najważniejsze okażą się emocje, które będą nam towarzyszyły podczas słuchania tego niezwykłego występu.
Jeśli chodzi o prozę izraelską, to jak na razie zatrzymałem się na Amosie Ozie i Emilu Habibim (chociaż ten drugi to obywatel Izraela pochodzenia palestyńskiego.
Pozycja Grosmana o której piszesz wydaje się b. interesująca i odrobinę kojarzy mi się „Żartem” Kundery – tam również sporo miejsca poświęcono przeszłości oraz temu, że los nierzadko okrutnie drwi z człowieka.
Znalazłeś ciekawe porównanie do „Żartu” Kundery i oczywiście okazuje się trafne. Chętnie sięgam po twórczość Oza, ale Emil Habibi nie jest mi jeszcze znany, choć lubię poznawać głosy z różnych stron. Dlatego polecam również twórczość palestyńskiego pisarza – Raja Shehadeh.